niedziela, 26 września 2021

Jesień...

Ostatnio dni płyną dość monotonnie, więc nawet specjalnie nie mam o czym pisać. Wszystko właściwie kręci się wokół szkoły, rano muszę towarzystwo poodwozić na pociągi, potem mam trochę czasu na jakieś tam drobne sprawy lub prace domowe, potem szykowanie obiadu, i kolejno wracają ze szkoły, każde oczywiście o innej porze. Powoli zaczyna mi również się klarować mój plan zajęć. Okazuje się, że stacjonarnie będę miała zajęcia tylko raz w tygodniu na jednym z wydziałów, cała reszta pracuje w tym semestrze zdalnie! I to tyle na temat powrotu do normalności. Zaszczepionych u nas jest 80% ogółu wykładowców i studentów, za chwilę będą się doszczepiać trzecią dawką, no ale jak widać to nie wystarcza do tego, żeby przywrócić normalne zajęcia. Oczywiście mowa o językach, bo zajęcia kliniczne i zawodowe odbywają się stacjonarnie. Staram się więc szukać plusów i jeden z nich jest taki, że w poniedziałki będę zaczynać o szalonej godzinie 7.30, ale zdalne zajęcia nie wymagają ode mnie jeżdżenia do pracy o takiej dzikiej porze, więc dobre i to. Podobnie wszystkie wieczorne zajęcia plus fakultety lepiej jednak prowadzić z domu.

Zastanawiam się tylko, czy może nie będzie tak, że już na stałe zostaniemy w tym zdalnym trybie...? Ech...

Mikołaj ciągnie swoje jazdy, ma już połowę godzin wyjeżdżonych, ostatnio jeździł po autostradzie. Mam wrażenie, że bardzo dużo ma tych godzin na mieście, a mniej na placu, ale może teraz takie są wymagania? Po zakończeniu jazd będzie miał egzamin wewnętrzny, który stwierdzi, czy jest już gotowy do podejścia do egzaminu zewnętrznego, czy też powinien wykupić sobie więcej godzin. Ciekawe, jak mu pójdzie. Jak zwykle najtrudniejsze jest sprzęgło, ale musi nauczyć się na tyle, żeby silnik mu nie gasł ani nie wył, żeby zdać egzamin, bo potem będzie jeździł tylko na automacie (obydwa auta mamy z automatem i do manualnej skrzyni biegów już nigdy nie wrócimy).

Madzia stwierdziła ostatnio, że jest jesieniarą, bo kręci ją smakowa herbatka, kocyk i czytanie mangi. Szkoła jak na razie jest na plus i mam nadzieję, że tak zostanie. A propos jesieniarstwa, kotki też chyba czują nastrój... widok jak poniżej jest niezwykle rzadki w naszym domu i występuje tylko jesienią i zimą.



Nad rzeką też coraz bardziej jesiennie. Chciałabym wybrać się na jakiś weekend w góry, tak jak w zeszłym roku i mam nadzieję, że uda się jakoś w połowie października. Na razie muszą mi wystarczyć spacery nad Wartą.

wtorek, 14 września 2021

Sprawy i sprawki

Gdybym miała wymieniać największe zalety mojej pracy, to wymieniłabym wolny wrzesień... bez niego chyba bym zwariowała. Z lipcem różnie bywa, sierpień też mam oczywiście wolny, ale i tak najlepszy jest wrzesień, jak młodzież idzie do szkoły i w domu jest cicho przez pół dnia. Za rok będę miała, mam nadzieję, jednego studenta na stanie, zatem wrzesień to w tej formie ostatni.

Dni kręcą się wokół spraw szkolnych. Zaliczyłam dwa zebrania, jedno stacjonarne, jedno online. U Madzi w szkole trochę się pogubiłam, bo to strasznie skomplikowany budynek, ale potwierdziło się moje zdanie na temat wychowawcy - to bardzo miły i kulturalny człowiek. U Mikołaja mówiło się głównie o maturze i o przygotowaniach do niej. Są delikatne przymiarki do studniówki, ale czy ona się odbędzie, to oczywiście nie wie nikt. Za to jedno zaskoczenie - dyrektor wysłał jakiś czas temu informację o szczepieniach, które szkoła ma obowiązek skoordynować, i jak mówi, otrzymał zwrotnie wiadomości z pogróżkami, a nawet ktoś straszył go pozwaniem do sądu (!). Niektórym już chyba całkiem w głowach się poprzewracało...tak jakby dyrektor sam sobie wymyślił, że będzie organizował szczepienia. W strasznych czasach żyjemy, totalny upadek rozumu i triumf głupoty, ciemnoty i kołtuństwa. Nigdy nie myślałam, że czegoś takiego doczekam.


Na osłodę, Madzia wróciła po wakacjach na swoje lekcje malarstwa i takie oto wspomnienie z Wenecji wymalowała.
Przed jesienią robię mały przegląd ogrodu. W tym roku niestety dopadła nas ćma bukszpanowa, a już myślałam, że udało mi się jej uniknąć. Zżarła mi cały bukszpan i trzeba było go wyciąć do samego korzenia. Może jeszcze odbije na wiosnę... żyję tą nadzieją. Straciliśmy też jedno z drzewek morelowych. Te drzewka były już stare, jak kupowaliśmy ten dom 15 lat temu i owoców prawie nie rodziły, ale rosną akurat wygodnie do powieszenia hamaka, a liście zacieniają nam nasze miejsce grillowe. Na jednym z drzewek zaczęły intensywnie pracować dzięcioły, potem uschły mu konary i kiedy Pan Mąż zaczął je obcinać, okazało się, że drzewo jest całe w dziurach, więc obciął wszystko i został tylko pień do tego hamaka. Mam nadzieję, że to drugie drzewko się uchowało.


W tym roku za to doczekaliśmy się śliwek, nie jest ich dużo, ale trochę jest. To drzewko sadziliśmy już my. Miewam czasami takie myśli, że gdybyśmy mieli z jakiegoś powodu wyprowadzić się stąd, to najbardziej będzie mi szkoda zostawiać moich drzew - śliwka... bez od mojej babci... nasza pierwsza choinka, wysadzona z donicy i teraz już ogromna... figa... no jak bym miała to wszystko zostawić? - nie wiem. 


Kończą się powoli jeżyny, a zaraz zaczną się orzechy. Mam jeszcze pełno orzechów z poprzednich lat, bo nie nadążamy ich zjadać. Chyba czeka nas kolejna wycieczka do ZOO, bo tam bardzo chętnie przyjmują orzechy dla zwierząt, zwłaszcza dla niedźwiedzi. (Nawiasem mówiąc, byliśmy jakiś czas temu w ZOO i pierwszy raz widziałam niedźwiedzie na wybiegu tak blisko ludzi. Tygrysów Nieumarłych niestety nie było widać).




Poza tym w ogrodzie rozrabiają sójki, srok coś ostatnio nie słychać, no i pszczoły pracują na nawłoci. Nasz lokalny pszczelarz sprzedaje miód nawłociowy, bardzo smaczny.



Nie byłoby oczywiście notki bez widoczku znad Warty... dziś na spacerze poszczęściło mi się i byłam w punkcie widokowym "na korzeniach" zupełnie sama. 


niedziela, 5 września 2021

Wrześniowe kadry

Wrzesień wita nas piękną pogodą - szkoda, że nie było takiej w ostatnim tygodniu wakacji! Mam teraz sporo wolnego czasu, więc jak tylko mogę, zakładam słuchawki, odpalam muzykę i idę na spacer nad rzekę. W towarzystwie byłoby raźniej oczywiście, no ale Pan Mąż wyjechany, a młodzież w szkole. Chociaż w sumie cieszę się, że mam czas tylko dla siebie, zanim zacznie się październikowy zasuw (pierwsze oznaki już na horyzoncie, w przyszłym tygodniu czeka mnie siedzenie w komisji na egzaminach do szkoły doktorskiej). Trzeba więc cieszyć się wolnym czasem, póki jest. Ostatnio w moim ulubionym miejscu nad rzeką trafiłam na grupowy plener malarski :) Na zdjęciu tego nie widać, bo głupio mi było fotografować twórców w czasie pracy, ale była to spora grupa osób w wieku 50+, i jak widać, malować było co, bo widok warty utrwalenia.



Cieszy mnie też to, że Madzia dobrze czuje się w nowej szkole i mam wrażenie, że nabrała wiatru w żagle. Bardzo jej się podoba polonista, który pytał ich o ulubione filmy i lektury (podała: Metro 2033 i Goodbye Lenin), a do tego zadał im pracę semestralną o charakterze artystycznym, każdy może coś napisać / namalować / nakręcić film, czy cokolwiek mu tam w duszy gra. Poza tym w szkole panuje stosunkowa swoboda wyglądu i można ubierać się dowolnie, o ile jest to przyzwoite, więc na tym polu też jest Madzia zadowolona. Nie doszła jeszcze do etapu kółka w nosie, które nosiła przez całe wakacje (bez dziurki rzecz jasna - nosi kółko typu septum, które można wkładać bez przekłuwania nosa, nazywane przez nas w domu "byczym kółkiem"), no ale wszystko przed nami. Mam w tym tygodniu zebranie, więc będę mogła sobie szkołę obejrzeć i wyrobić własne zdanie. W zamierzchłych czasach, kiedy pracowałam w liceum, w którym teraz uczy się Mikołaj, kilka szkół poznałam przez matury i różne spotkania, ale tej Madziowej szkoły zupełnie nie znam i byłam tam z nią raz przy okazji składania papierów.


We wrześniu uwielbiam wrzosy - powyżej zdjęcie od mojego ulubionego ogrodnika. Najchętniej kupiłabym wszystkie, ale ograniczyłam się do kilku sztuk do postawienia przed domem i na tarasie. Wzięłam też kilka doniczek na cmentarz, wrzosy długo wytrzymują i nawet zimą wyglądają dobrze.


Mikołaj zaczął naukę jazdy. Trochę trudno mu zgrać terminy jazdy ze szkołą i chyba będzie jeździł wieczorami. Zaskoczeniem było dla mnie to, że teraz instruktor ma w aucie wszystkie trzy pedały, tak więc po pierwszej lekcji polegającej na zajrzeniu pod maskę, obejrzeniu wszystkich przycisków itd., na drugiej lekcji Mikołaj wsiadł do auta i pojechał, obsługując tylko kierownicę i migacze. Kiedy ja się uczyłam, instruktorzy mieli chyba tylko pedał hamulca, a już na pewno nie mieli sprzęgła. 


Na tarasie zakwitła mi passiflora, wygląda zupełnie jak sztuczny kwiat.
Dziś z kolei miałam w planach różne dania warzywne, wyciągnęłam wszystkie warzywa i okazało się, że stworzyły one bardzo malowniczy obraz.


Z dyni i batata powstała zupa-krem. W planach było również kimczi, toteż Madzia wyszła z jaskini i przyszła mi pomagać, a z rozpędu zrobiła jeszcze warzywa z tofu w sosie słodko-kwaśnym - ja kierowałam, ona wykonywała, i efekt wyszedł bardzo smakowity. Jeśli chodzi o kimczi, robię je z tego przepisu, który nie jest może takim "podręcznikowym" przepisem, ale kimczi wychodzi bardzo dobre i nie rujnuje portfela.

I jeszcze tylko zapiszę dialog, jaki udało nam się wykonać z Mikołajem.

Ja: - Mikołaj, nie łap kota, on tego nie chce.

Mikołaj: - Nie mogę go nie łapać, bo on jest taki łapliwy!

A oto łapliwy kot w pozie zwisającej :)

środa, 1 września 2021

1 września start!

Szkoła ruszyła i oby trwała jak najdłużej! Młodzież rozjechała się na swoje uroczystości i po raz pierwszy od nie wiem kiedy jestem zupełnie sama w domu, zdążyłam się odzwyczaić od tego uczucia. Pan Mąż wyjechał w poniedziałek rano - musieliśmy wstać o 4.30, żeby zdążyć na samolot. Z wiekiem zrobiło mi się coś takiego, że jeśli wiem, że muszę wstać bardzo wcześnie, to już właściwie całą noc śpię jak zając pod miedzą, nie mogę zasnąć, a jak już zasnę, to ciągle się budzę. Cały poniedziałek miałam więc do niczego, snułam się po domu jak zombie. PM wsiadał na statek w Charleston w Stanach i z tego co widzę na radarach internetowych, chyba już na ten statek wsiadł, bo oczywiście znowu było jakieś opóźnienie (drobne tym razem).


Madzia strasznie przejęta wyruszyła do nowej szkoły, której w ogóle nie zna. Obecnie klasy organizują się na różnych komunikatorach i poznają się jeszcze przed 1 września, ale albo w tej klasie nic się takiego nie wydarzyło, albo Madzia z jakiegoś powodu nie dostała zaproszenia do grupy. Mam nadzieję, że nie jest to zła wróżba... Klasa jest w większości żeńska, na liście było 4 lub 5 chłopców. Chodziłam w liceum do takiej klasy i moje doświadczenie jest takie, że klasy żeńskie są kiepsko zorganizowane i słabo tam z integracją. Obecność większej liczby facetów dobrze działa na dziewczyny, bo chcą w męskich oczach lepiej wypaść. W klasie bez mężczyzn tworzą się pary i niewielkie grupy, ale na wyższym poziomie nic się nie dzieje. Oby to nie był taki właśnie przypadek.


Jeśli chodzi o plan, Madzia jest zadowolona, bo ma lekcje przeważnie na drugą zmianę, ja jestem zadowolona mniej, bo spodziewam się potencjalnych problemów. Fakt, że nie ma ani razu lekcji na 8 i nie musi wstawać o 6, ale za to jest w szkole do 16, a dwa razy w tygodniu nawet do 17. Zanim wróci do domu, będzie 18.30 i jak tu w ogóle mieć jeszcze cokolwiek z popołudnia? Ale ona na razie cieszy się, że będzie mogła pospać do 8. Zobaczymy, może akurat będzie jej to pasowało. Jeśli w drugiej klasie będzie musiała dojechać na 7.10 (a są takie lekcje w tej szkole...), to będzie dla niej jakiś koszmar. U Mikołaja w kwestii planu jest lepiej, dwa razy na 8, pozostałe dni nieco później, i kończy też o normalnych godzinach. Mikołaj też wydawał się przejęty, ale raczej faktem, że zaczyna klasę maturalną i musi powoli zastanawiać się, co chce ze swoim życiem dalej zrobić.


A ja jeszcze do końca tygodnia mam urlop, ale wkrótce pewnie zaczną się wiadomości z pracy i już mi skóra cierpnie na myśl, co też moje szefowe w tym roku wymyślą. Nie mam jeszcze żadnych oficjalnych informacji na temat tego, jak będzie wyglądała praca od października, ale nieoficjalnie mówi się, że wszystko oprócz wykładów ma być stacjonarnie. Ciekawe, na jak długo... Na razie miałam tylko drobne przecieki dotyczące planów i mam tylko nadzieję, że to były tylko przymiarki, bo w jednej z opcji musiałabym przez cały semestr letni mieć zajęcia w środy od 8 do 11, a potem przerwa 7-godzinna i kolejne zajęcia w godzinach 18-21. Zastanawiam się nad dwoma rzeczami, a mianowicie, kto zwróci mi koszt dojazdu do domu i z powrotem dwa razy dziennie (w jedną stronę 20 km), oraz co za geniusz wymyślił, że można efektywnie uczyć się do godziny 21. Powiedziałam szefowej, że ja w takim razie oddaję te feralne grupy, bo nie zamierzam zgadzać się na taki plan, ale usłyszałam, że to właśnie tylko przymiarki, więc zobaczymy, jaką bombę ostatecznie mi podłożą. 

Tymczasem jednak cieszę się wolnymi dniami, zaraz ruszam z prasowaniem, chociaż strasznie mi się nie chce i najchętniej poczytałabym książkę, ale cóż, książka musi poczekać. 

piątek, 27 sierpnia 2021

Trochę popadało...

...i w mojej głowie powstał pomysł wyprawy na grzyby. Nie wiem, czy uda mi się pojechać jesienią, bo unikam wypraw w weekendy, kiedy za każdym drzewem czai się grzybiarz. W tygodniu młodzież będzie miała szkołę, Pan Mąż w poniedziałek wyjeżdża (o ile nie rozbijemy tego Jackpota), a sama nie lubię szwendać się po lesie, więc wychodzi na to, że to jedyna okazja. 


W naszym ulubionym lesie nadal jednak sucho, jesień zwiastują tylko wrzosy, i nawet jeszcze tego jesiennego zapachu nie ma. Kilka grzybków znaleźliśmy i nawet jednego prawdziwka, ale niestety z lokatorami. Cóż - spacerek jednak zaliczony i kroki na krokomierzu nabite.


Poza tym, Mikołaj zdał swój teoretyczny egzamin i będzie mógł zaczynać jazdy, ale okazuje się, że dopiero od września. Przez ten remont trochę przespaliśmy sprawę, mógł zaczynać w lipcu i jazdy miałby jeszcze teraz, no ale mam nadzieję, że jakoś połączy to ze szkołą. Kuchnia została ukończona, brakuje jeszcze wyprawek wokół parapetu i mamy niepodłączony kaloryfer, ale to już drobiazgi. Każdego dnia cieszy nas to, jak teraz jest ładnie i funkcjonalnie :) Muszę jakieś zdjęcia prezentacyjne wykonać. 
Szkoda, że wakacje się kończą... przez remont mam poczucie, że były krótsze niż normalnie, bo tyle było zamieszania!

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Deszczowy poniedziałek

Od powrotu z Włoch pozmieniało nam się coś w termostatyce, bo w dzień było nam ciągle gorąco, za to wieczorem uciekaliśmy z tarasu, jak tylko temperatura spadła poniżej 20 stopni. Od paru dni pogoda przypomina u nas bardziej październik niż sierpień, a szkoda, bo można by jeszcze ostatni tydzień wakacji wykorzystać na coś innego niż siedzenie w domu. Pan Mąż też ma ostatnie dni "na wolności" i prawdopodobnie za tydzień będzie już na statku. Dzisiaj przez cały dzień leje, a zaczęło już wczoraj. Wybraliśmy się po południu na spacer do lasu i wróciliśmy przemoknięci, bo prognoza zapowiadała deszcz dopiero w okolicach godziny 19, więc nie mieliśmy ze sobą żadnej ochrony przeciwdeszczowej.


Zdjęcia dzisiejsze są ze spaceru do WPN-u, jedną z moich ulubionych tras przez Trzebaw i Górkę, do Wyspy Zamkowej na Jeziorze Góreckim (nie był to jednakże ten wczorajszy spacer ze zmoknięciem ;)).

Poza tym czas uregulować różne zaległe sprawy. Dziś ma przyjechać Andrzej Duda, żeby dokończyć kuchnię, i to najwyższa pora, bo ciągle niektóre sprzęty funkcjonują prowizorycznie - zmywarka nie ma frontu, wyspa nie ma nóg, no i brakuje parapetu. Potem będzie jeszcze musiał przyjechać pan Michał, żeby porobić tzw. wyprawki w miejscach, gdzie coś się uszkodziło po montażu mebli.

Mikołaj nadal ma problemy z oczami, ale jest już pewna poprawa na szczęście. Pamiętacie może, że na swojej imprezie urodzinowej wyglądał tragicznie, bo miał spuchnięte oko razem z połową twarzy. Lekarz rodzinny przepisał mu maść z antybiotykiem i tak pojechaliśmy na wakacje. Jęczmień na oku urósł Mikołajowi do niebywałych rozmiarów, ja jeszcze czegoś takiego nie widziałam! Oszczędzę szczegółów, ale wyglądało to paskudnie i Mikołaj większość wakacji przechodził w okularach słonecznych. Jak zeszło mu z jednego oka, zaczęło się na drugim. Następnego dnia po powrocie popędziliśmy do okulisty i okazało się, że to wcale nie jęczmień, a dysfunkcja gruczołów Meiboma, albo jak to lekarz określił, gradówka. Mikołaj dostał plan terapii rozpisany na cztery tygodnie, teraz jest prawie w połowie i jest już zauważalna poprawa. Najważniejsze są ciepłe okłady, masaże powiek, sztuczne łzy, i do tego maść z antybiotykiem, ale inna niż przepisana przez rodzinnego. Wyczytałam, że ten problem może pojawiać się u atopików, a niestety Mikołaj od dziecka ma AZS.


Jutro Mikołaj ma kolejne podejście do egzaminu z teorii na prawo jazdy, za pierwszym podejściem zabrakło mu 1 punktu, przez co chodził rozżalony i wściekły przez kilka dni. Jazdę może zacząć dopiero jak zda teorię.

No i niestety pora ogarnąć powoli tematy szkolne, podręczniki w większości już mamy i nie była to tania impreza. Dla Mikołaja spokojnie można kupić używane, bo podręczniki z trzyletniego liceum i tak wychodzą już z użytku. W przypadku Madzi, większość musi być nowych, używane są tylko do niektórych przedmiotów - mam wrażenie, że młodzież trzyma te podręczniki do matury, bo podaż na rynku jest zdecydowanie mniejsza niż w przypadku książek Mikołaja. Pierwsza matura po liceum czteroletnim będzie dopiero za dwa lata! Tymczasem Mikołaj jest już praktycznie w klasie maturalnej i nieco mnie to przeraża. Sama matura niekoniecznie, bo jestem pewna, że on temat udźwignie i zda bardzo dobrze. Bardziej myślę o tym, co potem. On nadal nie ma żadnej wizji swojej przyszłości, my możemy podpowiadać i nakierowywać, ale ostateczna decyzja powinna należeć do niego. Może kiedyś wreszcie do tego dojrzeje. Parę dni temu Mikołaj odebrał swój pierwszy dowód osobisty i ja się pytam, jak to możliwe, że ten czas tak szybko leci???


A z rzeczy przyjemniejszych, świętowaliśmy w ostatni piątek 17-tą rocznicę ślubu. Z tej okazji wybraliśmy się wszyscy do nowej restauracji włoskiej z pizzą neapolitańską (długo nie wytrzymaliśmy bez kuchni włoskiej...), a w domu obejrzeliśmy antyczny film ze ślubu w Wadze Miejskiej i z naszego mini-wesela. Muszę ten film jakoś zgrać na inny nośnik, bo okazało się, że płyty nie czyta żadne urządzenie oprócz komputera Madzi, a i to musiałam ściągnąć specjalny program do odtwarzania tego formatu. Co zaś do jakości zapisu - oglądało się ten film, jakby był przedwojenny co najmniej ;) 

sobota, 21 sierpnia 2021

Wakacje część 4

Mam nadzieję, że to będzie już ostatnia część opisu naszych wojaży, ale zobaczę, ile uda mi się napisać, zanim coś mi przeszkodzi. Tak więc:

Abruzja - Tocco da Casauria

Do Abruzji jechaliśmy bardzo długo, bo na autostradach ruch był spory, a na pewnym odcinku autostrada była zamknięta z powodu pożarów na polach. Niemniej po dojechaniu na miejsce okazało się, że będziemy mieszkać w raju :) - a dokładniej mówiąc, w gaju oliwnym. Do dyspozycji mieliśmy dla siebie całe piętro domu, na parterze mieszkał gospodarz o imieniu Giuseppe. Do tego kawał gaju oliwnego i niewielki basen, też tylko do naszej dyspozycji. Żeby nie było tak idealnie, miasteczko Tocco da Casauria było zupełnie nieciekawe i nietypowo jak na Włochy nie było tam nawet dobrej osterii, ani nawet porządnego sklepu (po większe zakupy trzeba było jeździć do Pescary, położonej na wybrzeżu, lub do Chieti, wszystko w odległości 20-30 kilometrów).

Taki widok mieliśmy z tarasu. Tocco położone jest na skraju parku narodowego Majella, te góry w oddali nazywają się Monte Amaro i należą właśnie do tego parku.


Strefa wypoczynkowa - basen w ogrodzie, leżaki.





Na tarasie mieliśmy taką huśtawkę do podziwiania widoku na góry :)


A te ciasteczka dostaliśmy od Giuseppe w prezencie. Giuseppe napisał do mnie wiadomość, tłumacząc włoskie zdania na polski. Ja pisałam do niego w odwrotny sposób i tak sobie rozmawialiśmy. Później okazało się, że mówi trochę po angielsku, ale nie chciał specjalnie rozmawiać w tym języku, kiedy zorientował się, że ja rozumiem włoski piąte przez dziesiąte (nie wiem, dlaczego tak jest, ale ja rozumiem sens tego, co mówią do mnie Włosi, nawet jak nie łapię pojedynczych słów. Może to dzięki czterem latom łaciny w liceum, ale chyba muszę wreszcie coś z tym zrobić i podszkolić włoski).


Tak wyglądał dom, nasz taras jest u góry. Giuseppe to w ogóle ciekawa postać - z licznych dyplomów wiszących w domu wywnioskowaliśmy, że jest metalurgiem i znawcą kamieni szlachetnych. Był bardzo gościnny, pierwszego wieczoru dostaliśmy ciastka i pizzę, potem przywoził nam lody, i generalnie pomagał jak się dało. Drugiego dnia dostałam od niego wiadomość, w której napisał, że przyjeżdża do niego jego partner, który też ma na imię Giuseppe i mieszka na Sardynii, a w październiku biorą tam ślub :) I pytał, czy nie mamy nic przeciwko temu. Myślę, że to akurat pytanie nie powinno było paść, w końcu to my jesteśmy u niego, a nie odwrotnie, i on w swoim domu ma prawo robić, co chce. Ale potem pomyślałam sobie, że różne rzeczy się teraz o Polsce słyszy za granicą, może chciał upewnić się, że nie jesteśmy homofobami (i to jest smutne). Panów nazywaliśmy sobie roboczo Józkiem Jeden i Józkiem Dwa. Józek Dwa jest w ogóle piosenkarzem folkowym, śpiewa w dialekcie sardyńskim i możecie go sobie znaleźć na Spotify pod nazwą Peppino Patteri. Głos ma naprawdę niewiarygodny, a wygląda trochę jak młody Budda ;)



Tak wyglądał wjazd na posesję Józka Jeden. Abruzji niestety nie zwiedziliśmy tak dokładnie, jak byśmy chcieli. Odległości między miastami są spore i jeździ się górskimi drogami, więc powoli, a do tego było bardzo gorąco. Uniknęliśmy na szczęście Lucyfera, czyli fali upałów powyżej 40 stopni, ale dwa ostatnie dni były już trudne do wytrzymania i nawet wieczorem ciężko było siedzieć na nagrzanym tarasie. Gdyby nie klimatyzacja, byłoby ciężko, ale ja nie lubię klimatyzacji, przeszkadza mi wianie, toteż noce były dość trudne. Myślę, że jeszcze do Abruzji kiedyś wrócimy, bo jest tam wiele ciekawych miejsc i na wybrzeżu, i w głębi lądu, ale na pewno nie w pełni lata.


Wieczorami góra robiła się różowa od zachodzącego słońca. Za tym widokiem z tarasu tęsknię!


Plaże na okolicznym wybrzeżu okazały się bardzo ładne. Nie wiem dlaczego, ale tkwiłam w przekonaniu, że włoskie plaże adriatyckie są nieciekawe. Fakt, że są zagospodarowane i na każdej plaży stoją rzędy leżaków, ale są też miejsca, gdzie można rozłożyć się na piasku pod własnym parasolem. Czasami braliśmy więc leżaki, a czasami nie. Ludzi mało i bez problemu można było znaleźć leżak przy samym morzu. Woda ciepła i czysta, kąpiele morskie były więc fantastyczne! Ostatniego dnia ciężko już było jednak wytrzymać, było za gorąco, piasek wręcz parzył w stopy i uciekaliśmy z plaży w podskokach.






Giuseppe podał nam różne ciekawe pomysły na wycieczki, nie wszystkie zrealizowaliśmy niestety z powodu upału (nie chciało nam się wdrapywać na przykład na bardzo malownicze ruiny zamku), ale z niektórych skorzystaliśmy. Na przykład:
San Valentino in Abruzzo
To jest mała, górska miejscowość, w której największą atrakcją jest niepozorna lodziarnia. Przyjeżdżają tam ludzie z całej okolicy, ponieważ lody kręci tam mistrz Włoch! I to jest prawdziwa poezja, takich lodów nie jedliśmy nigdzie i nigdy wcześniej. Pistacjowe to istna rozkosz, jeżynowe były jeszcze lepsze, ale już absolutny szczyt osiągnęły lody melonowe. Moją nietolerancję laktozy wyrzuciłam do kosza, bo lepiej pocierpieć niż nie zjeść takich lodów, ale o dziwo jakoś w ogóle mi nie zaszkodziły! Cud!



Sulmona i Pacentro
Obydwie miejscowości też położone są w górach. Sulmona to miasto, w którym urodził się Owidiusz. Ma przyjemną starówkę i słynie z tego, że jest tam wytwórnia migdałów w cukrze. Lokalne sklepy pakują te migdały w kolorowe owijki i robią z nich całe kompozycje, wygląda to bardzo ciekawie.





Pacentro jest położone jeszcze wyżej w górach i Giuseppe polecił nam restaurację, w której świętowaliśmy prawdziwe urodziny Mikołaja. Miasteczko jest malutkie, ale śliczne, taki cukiereczek, a restauracja była prawdziwie wybitna. Kuchnia abruzyjska opiera się głównie na jagnięcinie i dziczyźnie, podaje się też trufle, a z przypraw popularny jest szafran. Mikołaj zamówił sobie szaszłyki jagnięce, które nazywały się arrosticini i podane były w ciekawy sposób. Mój makaron przyrządzony był z grzybami, kiełbasą salsiccia i pastą truflową.







Po jedzeniu podaje się lokalny alkohol o nazwie genziana. Przyrządzany jest na bazie rośliny o nazwie goryczka, albo gencjana, i ma rzeczywiście goryczkowy smak, ale bardzo dobrze robi na trawienie. Przywieźliśmy sobie butelkę do domu. Poza tym bardzo nam smakuje abruzyjska oliwa, Giuseppe polecił nam lokalnego wytwórcę i kupiliśmy u niego dwie pięciolitrowe kanki. Lubimy ostrą, drapiącą oliwę i ta jest właśnie taka, fantastyczna do dressingów, ale jest tak dobra, że można ją po prostu jeść ze świeżym chlebem. Jeśli chodzi o wina, to oczywiście najpopularniejsze jest czerwone Montepulciano d'Abruzzo. W Tocco znajdują się dwie cantiny, czyli winiarnie, i jedna z nich robi fantastyczne Montepulciano. Oprócz tego odkryliśmy lokalne białe wino o nazwie pecorino, wzięliśmy też kilka butelek ciekawego wina różowego. Cantina nazywa się Terzini i niestety nie sprzedają swoich win poza granice Włoch, a szkoda, bo są rewelacyjne (aczkolwiek nie wiem, czy byłoby nas na nie stać, gdybyśmy kupowali je po eksporcie - lokalnie kosztują około 10 euro za butelkę).

Wycieczka do Rzymu
Nasza miejscówka w Abruzji znajdowała się dokładnie na wysokości Rzymu i nie sposób było przepuścić taką okazję, mając do Rzymu 160 km autostradą. Poświęciliśmy więc najchłodniejszy dzień w tygodniu (jedynie 29 stopni) na taką wycieczkę. Madzia, po omówieniu Quo Vadis w szkole, uparła się na zwiedzanie Zatybrza, a Pan Mąż bardzo chciał zwiedzić wnętrze Colosseum, co nie udało nam się podczas pierwszej wycieczki. Dodam jeszcze wskazówkę praktyczną - auto zostawiliśmy na parkingu typu park&ride (nazywał się chyba Rebibbia), gdzie za cały dzień zapłaciliśmy oszałamiającą kwotę 1,5 euro, a dalej poruszaliśmy się oczywiście metrem.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Zatybrza, gdzie miało być wielu artystów, ale rano chyba jeszcze nie wstali, bo miasto dopiero zbierało się do życia. Chyba lepiej chodzić tam jednak wieczorem, ale Madzi i mnie i tak się podobało.


Zamieściłam poniższe zdjęcie w relacji na fb i część osób pomyślała, że to zdjęcie Mikołaja, a to był taki mural :)




Odwiedziłyśmy też bardzo ładną bazylikę Santa Maria di Travestere z XII-wiecznymi freskami.



Zwróćcie uwagę na rozmieszczenie krzeseł w kościele - zasady dystansu społecznego są tam traktowane poważnie!



Z miejsc nie widzianych poprzednio, miałam na liście Campo de Fiori (jak w wierszu Miłosza, ciągle jest tam targ, ale widziałam tylko jedno stoisko z kwiatami - a na środku pomnik Giordano Bruno) i Piazza Navona z fontanną czterech rzek.




Ludzi w Rzymie było więcej niż w Wenecji, ale nadal nie było ich tyle, co wcześniej. Widać to zresztą na Schodach Hiszpańskich (służby miejskie gorliwie pilnują, żeby nie siadać na schodach), a i do fontanny di Trevi można dostać się bez problemu. Okolice Schodów Hiszpańskich to najlepsze miejsce, żeby przysiąść i podziwiać rzymską modę uliczną, podobają mi się szczególnie panowie, w Polsce takich wypielęgnowanych nie widuje się zbyt wielu.



No i na deser Colosseum. Bilety mieliśmy kupione przez internet na konkretną godzinę i rzeczywiście udało nam się szybko i sprawnie dostać do środka. Żałuję tylko, że nie wzięliśmy audio guide'a, bo jednak ciekawsze byłoby zwiedzanie z komentarzem. Na szczęście plątały się tam liczne wycieczki i można było złowić jakieś ciekawe informacje, jeśli akurat język pasował (najlepsza była chyba przewodniczka brytyjska).







Rzym niestety załatwił mnie słońcem, pomimo filtra 50 spf dostałam paskudnej wysypki na nogach. Mam niestety skłonność do fotodermatozy, ale do tego stopnia nie miałam tego nigdy, i nawet filtry nie podziałały. Przez kolejne dni musiałam się leczyć i chować nogi przed słońcem (musiałam w tym celu nabyć sobie długą spódnicę, bo akurat nic takiego nie zabrałam). Odpadły więc dalsze wycieczki połączone ze zwiedzaniem, a zresztą i tak robiło się coraz bardziej gorąco, więc poruszaliśmy się na linii plaża - basen.

No i na koniec cały cyrk związany z wyjazdem. Podróż powrotną mieliśmy rozplanowaną na dwa dni, z noclegiem w Monachium. Auto zostało zapakowane po korek i wtedy Pan Mąż zauważył, że w lewym przednim kole mamy wbity duży wkręt. Pojawiła się więc kwestia, czy powinniśmy z tym jechać, czy też to wyjąć, a jak wyjąć - to co wtedy. Nasze auto jest 7-osobowe i nie ma koła zapasowego. Ponieważ jednak było kupione niedawno i ma rozmaite ubezpieczenia, Pan Mąż zaczął wydzwaniać na infolinię, żeby w ogóle dowiedzieć się, jaka jest procedura i co mamy robić w takiej sytuacji. Te opony też są jakieś specjalne i tak od ręki się ich nie dostanie, zaczęła więc majaczyć przed nami perspektywa czekania kilku dni na nowe opony. W dodatku była niedziela wieczór i graniczyło z cudem, żeby się czegokolwiek dowiedzieć. W końcu jednak zadzwoniła do nas miła pani z infolinii w Poznaniu i powiedziała, żeby rano pojechać do serwisu w Pescarze, gdzie powinni się nami zająć. Nie miała jednak możliwości, żeby serwis uprzedzić o naszej wizycie, więc po prostu musieliśmy tam pojechać i poprosić, żeby obejrzeli koło. 
Tak też zrobiliśmy... ale doprosić się kogokolwiek o pomoc nie było łatwo, wszyscy latali wkoło jak wściekli, na zewnątrz kolejka oczekujących aut, ale Pan Mąż użył siły perswazji (przydała mu się praktyka ze stoczni w Neapolu w zeszłym roku) i auto wjechało do warsztatu. Tam wyciągnięto wbity wkręt (okazało się, że miał 2 cm długości) i zalepiono dziurę, i powiedziano nam, że możemy jechać. Szczerze mówiąc, bałam się strasznie, że ta opona pęknie nam gdzieś na autostradzie i w najlepszym przypadku będziemy czekać na pomoc drogową w 37-stopniowym upale, a o najgorszym przypadku wolałam nawet nie myśleć. Jechaliśmy więc stosunkowo powoli i podróż do Monachium zajęła nam 11 godzin. Hotel w Monachium okazał się wyjątkowo wygodny i w dodatku prowadził azjatycką restaurację, co było miłą odmianą po dwóch tygodniach kuchni włoskiej ;) Następnego dnia, dalej z duszą na ramieniu, ruszyliśmy do Polski. Dotarliśmy bez problemu na szczęście.
Żeby zamknąć tę historię, PM pojechał z tym kołem do serwisu w Poznaniu i tam powiedzieli, że w ogóle nie powinniśmy tak jechać i że to cud, że opona wytrzymała, należy więc uznać, że mieliśmy dużo szczęścia! Czekamy teraz, aż ubezpieczenie podejmie decyzję, co z tym fantem zrobić dalej.

I to koniec tego przydługiego opisu! Mam nadzieję, że ktoś w ogóle doczytał do końca :)