Poniedziałek jest najcięższym dniem w tygodniu, zaczynam o 7.30 i mam cztery bloki zajęć z przerwą pośrodku, a od listopada dojdzie mi do tego jeszcze jeden wieczorny fakultet, który na szczęście będzie liczył tylko 7 spotkań. Jak jeszcze do tego dołożyć niewyspanie, robi się ciężko. Wczoraj wyjątkowo długo nie mogłam zasnąć, wszystko mi przeszkadzało - poduszka gryzła w szyję, pod kołdrą było mi za gorąco, a bez kołdry za zimno, barki jakoś cierpły i nie mogłam znaleźć wygodnej pozycji. Przez to wszystko spałam dziś może ze trzy godziny i dziś funkcjonuję na autopilocie. Na szczęście między zajęciami udało mi się wyjść na spacer, pomimo niewielkiej mżawki obleciałam lasek dookoła i dzięki temu zajęcia popołudniowe jakoś poszły.
poniedziałek, 18 października 2021
Zaspany poniedziałek i zaskoczenie kulinarne
piątek, 16 kwietnia 2021
Kwietniowy marazm
Na blogu cisza, bo ostatnio jakoś nudno, nic się nie dzieje, w kółko to samo jak w Dniu Świstaka i nawet nie ma specjalnie o czym pisać. Myślałam, że do połowy kwietnia skończę pracę z pergolkami na taras, które zaczęliśmy skręcać, ale chciałam jeszcze pomalować je bejcą na ciemnobrązowo. W czasie skręcania pierwszej jednak zepsuła nam się wkrętarka - coś zaczęło iskrzyć, skręcanie śrubokrętem natomiast szło nam dość mozolnie. W międzyczasie Mikołaj pozbył się drugiej ósemki i był przez kilka dni bez sił, a sprawy dopełniła pogoda, bo jest wciąż mokro i zimno, i nie mam specjalnie ochoty na prace na powietrzu. Tak więc jedna pergolka jest skręcona prawie do końca, a druga stoi jeszcze w opakowaniu i czeka na lepsze czasy. Pozostałe prace w ogrodzie leżą odłogiem. Zakwitły morelki, jak zawsze pierwsze, ale przy tej pogodzie pewnie żadne owoce się nie zawiążą (owoców i tak jest niewiele, bo to stare drzewa, ale w zeszłym roku było kilka sztuk - drzewka właściwie należałoby wyciąć, ale rozrosły się tak, że tworzą wraz z jabłonką naturalny dach, pod którym lubimy stawiać stół latem).
Mam coraz większą niechęć także do komputera i zajęć zdalnych, rano muszę wręcz zmuszać się do odpalenia Teamsa i zajrzenia, jakie też maile przyszły od studentów. Na szczęście z niektórymi grupami już powoli finiszujemy, jeszcze około miesiąc i koniec. Niestety opóźniony pierwszy rok będzie ciągnął się do końca czerwca....
Czasem miałabym ochotę uwalić się tak jak Filip na poniższym zdjęciu i żeby nikt niczego ode mnie nie chciał przez cały jeden dzień. Zwłaszcza, jak szefowe wymyślają kolejne kretyńskie zarządzenia...
Nawet czytać mi się specjalnie nie chce i czytam jakieś romansidła, bo nie mam chęci na poważniejszą literaturę. Staram się jednakowoż czytać po angielsku, zawsze to jakaś korzyść, jak już treść chałowata, to chociaż nadrabiam językiem.
W nadchodzący weekend mieliśmy wybrać się do Sister do Warszawy, bo Sister zmieniła lokum i chcieliśmy odbyć parapetówkę, ale pogoda ma być deszczowa, w związku z czym zrezygnowałam z tego planu, bo wyjść nigdzie poza dom pewnie się nie da i bez sensu siedzieć Sister na głowie (i stresować jej kota).
Z ciekawostek, byłam z Madzią na drzwiach otwartych w jej upatrzonej szkole, a właściwie, jak Mikołaj powiedział, był to link otwarty, bo wszystko odbyło się online. Szkoda, że nie można znaleźć się w budynku, bo można by wtedy poczuć atmosferę i zastanowić się, czy widzimy się w tej szkole, czy nie. W każdym razie, docelowy wychowawca - historyk - bardzo mi się na tym spotkaniu podobał. Oczywiście nie wiem, jakim jest nauczycielem, ale miał u mnie duży plus za piękną polszczyznę, rzadko zdarza się słyszeć osoby około 30-tki tak ładnie wysławiające się po polsku. Zobaczymy, czy Madzi uda się tam dostać, klasa jest humanistyczna, więc próg punktowy nie powinien być za wysoki. Gdyby utrzymał się próg z ubiegłego roku, powinno jej wystarczyć punktów, o ile oczywiście nie położy matematyki na egzaminie. A przyciąga ją tam język rosyjski nauczany od podstaw, bo umyśliła sobie, że będzie się tego języka uczyć, porzucając niemiecki.
Coraz bliżej te historie rekrutacyjne, mam nieprzyjemne dreszcze na samą myśl o tym!
Wiosna panuje tylko na talerzu. Pojawiły się już szparagi i botwina, więc korzystam ile można. Zostawię bardzo fajny przepis na penne z botwiną, oczywiście może być każdy inny makaron zamiast penne. Zdjęcie nie jest niestety bardzo "wyględne", bo i samo danie nie jest, ale jest naprawdę bardzo, bardzo dobre i znajduje się wysoko na liście moich ulubionych dań. W dodatku całe przygotowanie zajmuje góra 30 minut. Znalazłam ten przepis bardzo dawno temu, jak jeszcze podejmowałam próby wyhodowania warzyw w ogrodzie, i zasiane buraki w ogóle nie zawiązały bulw, więc miałam pełno botwiny, z którą nie miałam co zrobić.
Makaron penne z botwinką (proporcje na 1 osobę)
1 pęczek botwiny
sok z 1 cytryny
2 ząbki czosnku
1 mała suszona ostra papryczka
oliwa z oliwek
parmezan
Botwinę posiekać. Buraczki, jeśli są malutkie, można posiekać i dusić z resztą; większe buraczki trzeba drobno pokroić, żeby zdążyły trochę zmięknąć. Czosnek i papryczkę zmiażdżyć, lekko podsmażyć na oliwie. Dorzucić botwinkę, wymieszać, dodać sok z cytryny i przykryć garnek / patelnię pokrywką na około 5-7 minut. Botwina z reguły puszcza wodę i nie trzeba nic dolewać, ona dusi się we własnym sosie (ewentualnie można dolać 1/4 szklanki wody). W międzyczasie ugotować makaron i dorzucić go do uduszonej botwinki, wymieszać i nakładać na talerze. Posypać dość obficie parmezanem.
To danie naprawdę nie wymaga dodawania dodatkowej soli ani pieprzu :) - pod warunkiem, że papryczka jest naprawdę ostra, i że użyjemy sporo parmezanu.
Dla więcej niż jednej osoby trzeba dołożyć po pęczku botwiny na głowę, bo ona mocno zmniejsza objętość, oraz po jednej cytrynie.
niedziela, 21 marca 2021
Niedzielne rozkminy
Pierwszy dzień wiosny nie jest oszałamiający, od rana pada na przemian deszcz i śnieg, temperatura oscyluje około zera. Z naszego wyjazdu nad morze nic nie wyszło, pokonali nas kolejnym lockdownem. Za dwa tygodnie Wielkanoc, wypadałoby okna umyć, ale nie ma jak w taką pogodę. Najwyżej więc będą brudne, no chyba że temperatura podskoczy w przyszłym tygodniu. Lubię, jak Wielkanoc wypada tak jak w tym roku, na początku kwietnia, lub nawet na początku marca. Lubię też te wiosenne porządki, świeżo uprane firanki i czyste okna. Dom jest wtedy taki przewietrzony, pachnący czystością i wtedy już naprawdę można pożegnać zimę, a przywitać przyjemniejszą część roku. Póki co, schowałam większość zimowych kurtek, wyczyściłam zimowe buty, i mam nadzieję, że już nie będą nam potrzebne.
Wyjść się dziś nie da, więc leniuchujemy. Mam dziś kompletne pomieszanie z poplątaniem w kuchni, bo zrobiłam remanent lodówki i okazało się, że pewne rzeczy trzeba już zjeść. Tak więc dziś był barszcz czerwony z tortellini zamiast uszek, a do tego focaccia z pomidorem i oliwkami (przepis wrzucam niżej). Na jutro natomiast ugotowałam butter chicken, tak więc mamy kombo polsko-włosko-indyjskie.
Czekamy na wyniki Madzi z konkursu. Nie mam zbyt dużych nadziei - to byłby cud, gdyby została laureatką. Egzamin próbny poszedł jej średnio i jeśli będzie musiała pisać matmę, to może się skończyć bardzo różnie. Wyników oficjalnych co prawda jeszcze nie było, ale przeglądały z koleżanką arkusz i omawiały swoje odpowiedzi. Wyszło, że wszystkie zadania otwarte Magda ma źle, a i w zamkniętych sporo namieszała. Ona niestety ma to po mnie, ja oczywiście siedzę cicho i nic o tym nie mówię, ale ona dokładnie opisuje moje doświadczenia z matematyką - robiłam zadania i wydawało mi się, że wszystko rozwiązuję dobrze, jestem z siebie bardzo dumna, a potem przy sprawdzaniu wyników - bum, wszystko źle. Gdzieś jakiś głupi błąd w myśleniu po drodze zawala całe zadanie. Mnie udało się swego czasu ominąć egzaminy z matematyki, bo akurat w 8 klasie też byłam laureatką z polskiego i do liceum dostałam się bez egzaminów, a obowiązkowej matury z matematyki za moich czasów nie było. Madzia nie ma tyle szczęścia niestety i zastanawiam się właśnie, co zrobić, żeby jej pomóc. W szkole mają dwie godziny dodatkowych zajęć, ale to jakoś nie działa. Korepetycje...? Chcieliśmy tego uniknąć, ale może nie będzie wyjścia...?
Jedyną pociechę stanowi dla mnie myśl, że egzaminy pójdą w całej Polsce tak samo kiepsko, no niestety nauka zdalna nie sprawdza się na dłuższą metę. Pewnie więc progi do liceów też ogólnopolsko pójdą w dół.
Poza tym zauważam też pewne problemy natury psychicznej, brak normalnego życia towarzyskiego robi swoje, plus presja ze strony nauczycieli, bo niektórzy naprawdę mocno przesadzają z wymaganiami. Zapisałam więc Madzię do psycholog szkolnej, to bardzo fajna młoda dziewczyna z dobrym podejściem do młodzieży, ale o dziwo spotkałam się z oporem - nie i już. Ona nie pójdzie do nikogo, kto jest związany z tą szkołą, bo ona tej szkoły nienawidzi i nie chce rozmawiać z nikim stamtąd. Tłumaczę więc, że przecież panią Martę zawsze lubiła, że rozmowy są poufne - jak grochem o ścianę. Tak więc zadziało się tam coś bardzo niedobrego, albo Madzia przenosi na szkołę emocje związane z pandemią, bo przecież zawsze chętnie do szkoły chodziła i nie miała żadnych problemów. Och, niech już wreszcie przejdą te wszystkie historie i niech ona będzie już w nowej szkole, gdzie zacznie nowy rozdział...
Uświadomiłam sobie pisząc powyższe słowa, że jak skończy się u Madzi, to zacznie się u Mikołaja, bo on będzie miał za rok maturę i będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, co chce zrobić dalej ze swoim życiem. Refleksji na ten temat póki co u niego brak i zdaje się, że będę miała kolejny powód, żeby jeszcze bardziej osiwieć :(
Focaccia z pomidorami i oliwkami
500 g mąki do pizzy (kupuję mąkę marki Primo Gusto, jest bardzo fajna - przepis dalej z opakowania tej właśnie mąki)
10 g drożdży
350 ml ciepłej wody
1 łyżeczka cukru
1 czubata łyżeczka soli
50 ml oliwy
2 pomidory
1/2 małego słoika oliwek (mogą być już pokrojone)
2 kulki mozzarelli
sól, pieprz
Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie z cukrem. Mąkę wymieszać z solą, dodać oliwę i wodę z drożdżami, wyrobić przez 10 minut (ja wyrabiam robotem). Wody można dolać w razie potrzeby, ciasto powinno być dość luźne. Wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na godzinę - półtorej. Piekarnik nagrzać do 230 stopni. Wyrośnięte ciasto wyłożyć na blachę z papierem do pieczenia, rozprowadzić rękami po całej blasze. Na cieście ułożyć pokrojone na plastry pomidory, posypać oliwkami, lekko powciskać pomidory i oliwki w ciasto. Posypać mozzarellą i pokropić oliwą. Ja posypuję jeszcze po wierzchu grubo mieloną solą i pieprzem. Piec około 20 minut w 230 stopniach, do zarumienienia się mozzarelli.
wtorek, 16 marca 2021
Włosowy update
Z moimi włosami już nieco lepiej i pozbyłam się trochę tej upiornej czerni. Wypróbowałam kolejno, każdego dnia: (1) płukanie rumiankiem, (2) mycie włosów szamponem z rozpuszczonymi dwiema tabletkami aspiryny, (3) szampon rozjaśniający do włosów blond, kupiony w Rossmanie. Każdy z tych kroków trochę mi ściągnął tej czerni, ale chyba najlepiej podziałał ten szampon, po dzisiejszym myciu znajduję się gdzieś w okolicach brązu i to już zaczyna wyglądać akceptowalnie. Zastanawiałam się, czy nie położyć innego koloru na ten ciemny, ale jasny raczej nie chwyci, albo też chwyci w nieprzewidzianą stronę. Jednakowoż nie mam ochoty na prawdziwie ZIELONE włosy... Tak więc będę myła tym nowym szamponem i może po jakimś czasie pójdę jednak do fryzjera (ale to chyba dopiero po Wielkanocy, bo przed świętami raczej nie zdążę).
niedziela, 24 stycznia 2021
Niedzielny relaks
Lubię takie niedziele, kiedy nigdzie mi się specjalnie nie spieszy i mogę sobie spokojnie poukładać myśli. Wczoraj miałam zaocznych i kiedy skończyłam zajęcia, z rozpędu przygotowałam sobie materiały na kolejny tydzień, więc dzisiaj mam spokojną głowę i nie stresują mnie myśli o pracy. Uświadomiłam sobie też, że zostały mi tylko dwa spotkania w ramach fakultetu z doktorantami, tak więc potem będę miała wolne środowe wieczory, super :)
Pan Mąż wciąż tkwi w Kolumbii i to już w ogóle nie jest śmieszne. Statek jest spodziewany w porcie jutro, no zobaczymy, zobaczymy. Całe szczęście, że w sumie jest tam dość przyjemnie w tej Kolumbii, ciepło, w morzu można się kąpać, tylko PM narzeka na "nagabywaczy", na każdym kroku chcą coś sprzedać czy na coś naciągnąć i są bardziej namolni niż w krajach arabskich. Nawet jak jest się w restauracji, to zdarza się, że ktoś podchodzi do stolika i zaczyna np. rapować lub śpiewać, i trzeba być dość obcesowym, żeby się takich natrętów pozbyć. Cóż, na pewno wolelibyśmy, żeby PM spędził ten tydzień w domu zamiast na wygnaniu, ale jak już musi być na tym wygnaniu, to nie jest tam ostatecznie tak źle. Są miejsca na Ziemi, w których pewnie PM siedziałby cały tydzień w hotelu, nie mając ochoty wyściubić nosa z pokoju. Poniżej kilka świeżych zdjęć.
sobota, 21 listopada 2020
Jesienne (nie)porządki
Piękna jesień już minęła, ostatnich kilka dni to typowo listopadowa aura, a od wczoraj dodatkowo temperatura spadła w okolice zera. Skorzystaliśmy z ostatniego ciepłego dnia, żeby pozdejmować z tarasu rośliny, które muszą przezimować w domu. Nie wiem, co mam zrobić z bambusem fargesia, teoretycznie jest mrozoodporny, ale ile mrozów nas czeka i czy on przetrwa? - zagadka. Podobnie sundavilla, która znosi temperatury do -5, ale jak czytałam, jest dość trudno przezimować ją w domu, musiałaby stać w ogrodzie zimowym lub na werandzie, ale takowych nie posiadam. Poza tym mocno się rozrosła i ciężko by mi było ją ściągnąć z balustrady. Tak więc na razie została i stoi. Zastanawiałam się, czy może obłożyć donicę styropianem, to zawsze dodatkowa izolacja.
Poniżej zamieszczam moją kwitnącą ciągle nasturcję i inne zieloności, to jakiś rekord, już po 20 listopada!
czwartek, 12 listopada 2020
Po święcie...
Taka refleksja przyszła mi wczoraj do głowy - kilka lat temu chętnie oglądaliśmy z dzieciakami transmisje z defilady na 11 listopada i ze złożenia wieńca u Nieznanego Żołnierza, a teraz zupełnie przestaliśmy, niestety nie ma na co (ani na kogo) patrzeć z dumą, albo chociaż z akceptacją. Strasznie się zdewaluowało to święto przez parę ostatnich lat, i do tego jeszcze te marsze narodowców... wstyd. Cieszyłam się więc, że zawsze w Poznaniu na 11 listopada było wesoło, parada, Święty Marcin, rogale, wieczorem koncerty. A w tym roku i tego nie ma, cisza, wiatr hula po mieście, rogale każdy zajada w domu. Niech już się skończy ten 2020 rok!!!
Poszliśmy wczoraj na krótki spacerek nad zamgloną Wartę, ludzi mało i tylko jacyś okazjonalni kolarze zasuwali leśnymi ścieżkami.
niedziela, 11 października 2020
Niedziela, strefa żółta
W ramach prowadzenia w miarę normalnego życia podczas pandemii, Madzia pojechała w piątek na weekend do Sister do Warszawy (pociągiem! sama!), a Pan Mąż wybrał się do knajpy na męskie piwo. W pociągu, jak mieliśmy okazję zaobserwować odprowadzając Madzię, maski poprawnie nosi większość, ale Madzia siedziała akurat obok typa, który maskę miał na brodzie... Pan Mąż pytał konduktorkę, czy zwracają uwagę na poprawne noszenie masek, ale uzyskał tylko informację, że stosowna instrukcja puszczana jest co jakiś czas przez głośnik i tyle. Na marginesie, Pan Mąż jechał pociągiem z Neapolu do Sorrento i mówi, że po każdej stacji przez pociąg przechodził konduktor i zwracał uwagę, jeśli ktoś miał zsuniętą maseczkę. Ciekawe, że tam można, a u nas nie można... Poza tym, jak to kolej, napchała do imentu trzy pierwsze wagony, a w trzech ostatnich było pustawo. Madzia wraca dziś na obiad i ciekawa jestem, jak będzie wyglądała podróż w tę stronę.
Jeśli natomiast chodzi o obserwacje knajpiane, to PM mówi, że siedzi człowiek na człowieku, we wszystkich lokalach pełno, a maseczkami nie przejmuje się nikt, no bo przecież konsumują. Ale to było na dzień przed wprowadzeniem żółtej strefy, więc może się coś zmieni. Przemknęło mi przez głowę oczywiście, że chroni się człowiek na różne sposoby, a potem wsiada się do pociągu albo idzie do knajpy... ale z drugiej strony, młodzież chodzi do szkoły i jakoś żyje.
Szkoły, no właśnie. Miałam trochę nerwów w ubiegłym tygodniu, bo obawiałam się, że szkoły zamkną nam całkowicie już teraz, a przeraża mnie wizja nauki zdalnej dla mojej młodzieży. Nie rozumiem, dlaczego nie można wprowadzić hybrydy, żeby rozgęścić te szkoły? Np. niektóre klasy uczą się w domu, niektóre w szkole, a nauczyciel może nadawać ze szkoły w przypadku lekcji w klasie, która jest na zdalnym. U Madzi w szkole wprowadzono streamingowanie lekcji, jeśli w danej klasie jest mniej niż połowa uczniów, i w piątek już były u niej takie lekcje, których co prawda nie obejrzała, bo siedziała w pociągu do Warszawy.
Uważam, że zamiast ograniczać życie młodym ludziom, powinno się ograniczyć starszych, bo oni są grupą ryzyka, a mają to w nosie, bo przecież oni już swoje życie przeżyli, więc co z tego, że mogą umrzeć, bo wiedzą, że i tak w każdej chwili mogą. Ale że po drodze zablokują szpitale i respiratory dla młodszych, to ich nie interesuje. Ech, zła jestem, bo widzę, co moja własna rodzicielka wyprawia w swoim klubie seniora, a moja młodzież w tym czasie grzecznie siedzi w domu.
Zostawię tymczasem przepis na knedle ze śliwkami, wychodzi z tego przepisu idealne ciasto, a śliwki jeszcze są, więc może nawet zrobię jeszcze raz.
Knedle ze śliwkami (ok. 30 sztuk)
1,5 kg ziemniaków mączystej odmiany (takiej na kluski i knedle właśnie)
ok. 300 g mąki pszennej
1 jajko
łyżka cukru
śliwki, wypestkowane, ale w całości (nie rozdzielać na pół)
Ziemniaki ugotować, ostudzić, przepuścić przez maszynkę do mielenia. Do zmielonych ziemniaków dodać jajko i cukier, stopniowo dosypując mąkę do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Ciasto musi być zwarte, ale kleiste. Odrywać kawałki ciasta, formować placuszek, w środek wkładać śliwkę i zwijać w kulkę. Gotowe knedle gotować we wrzącej wodzie z olejem lub masłem, przez około 1 minutę od wypłynięcia.
My najbardziej lubimy knedle ze śmietaną, cukrem i cynamonem, ale podobno są też zwolennicy tartej bułki podsmażanej na maśle :)
czwartek, 24 września 2020
Wrrr
Od wczoraj zmagam się z różnymi kwestiami zawodowymi, związanymi z organizacją nowego roku akademickiego (nawiasem mówiąc, w drugim oknie mam teraz otwarte bardzo nudne szkolenie online z efektów kształcenia, które mogę podsumować przysłowiem "nie ucz ojca dzieci robić", no ale czasami trzeba odsiedzieć swoje). W każdym razie, ilość tych wszystkich absurdów, które mnie czekają w tym roku w pracy, jest porażająca. Pracować się odechciewa, motywacja spada do poziomu -100, i przestaję powoli widzieć sens w tym, co robię. W kuluarach mówi się o tym, że praca zdalna będzie wydłużona na cały rok akademicki, więc w sumie dobrze się składa, że kupiliśmy te meble w Ikei. Pan Mąż właśnie na dole buduje dla mnie biuro i już mam dreszcze na myśl o godzinach, które będę tam spędzać. Może jednak tych godzin nie będzie tak dużo, bo rekrutacja idzie ponoć jak po grudzie. Na wiodące kierunki chętni są, ale na tzw. michałki, które każdemu pozwalają nabijać nadgodziny, bywa, że jest zapisana 1 osoba na cały kierunek. 1 rok rusza dopiero od listopada, więc kto wie, może się to jeszcze zmieni.
Na grzybach byliśmy, ale bez specjalnych sukcesów, bo jednak kilkanaście dni suchej pogody zrobiło swoje. Coś tam jednak znaleźliśmy, kilka prawdziwków, kilkanaście koźlarzy, a sama przyjemność chodzenia po lesie jest nie do przecenienia.
Z grzybów wyszła pyszna tarta, a drugą część sobie zamroziłam. Może jeszcze raz wybierzemy się na grzyby, jak popadają trochę zapowiadane na weekend deszcze.
U Mikołaja w szkole już jest korona, jedna klasa i trzech nauczycieli w kwarantannie, ale klasa Mikołaja ma normalnie lekcje.
Zaczął się sezon na figi! Zostawię Wam przepis na pyszną i prostą sałatkę.
Sałatka z figami i kozim serem
sałata
dojrzałe figi (3-4 sztuki na osobę)
miękki ser kozi (np. dostępny w Lidlu, w rolce krojonej na plastry)
orzechy włoskie
Dressing: oliwa z oliwek, płynny miód lub sok z agawy, po łyżeczce musztardy francuskiej i Dijon, pieprz, szczypta czosnku granulowanego - wymieszać do emulgacji.
Składniki sałatki ułożyć na talerzu, polać sosem, podawać :)
poniedziałek, 13 lipca 2020
Smutek...
sobota, 4 lipca 2020
Riposta
sobota, 2 maja 2020
53
Tymczasem mam w domu serię awarii technicznych. Parę dni temu wysiadł prąd na jednym obwodzie i nie miałam światła w kilku pomieszczeniach na dole. Musiałam wezwać elektryka (na szczęście udało się przez assistance) i okazało się, że przepalił się jakiś bezpiecznik w zewnętrznej skrzynce (nawet nie wiedziałam, że taką mamy). Wczoraj zleciał nam na głowy karnisz w salonie. Próbowaliśmy z Mikołajem przykręcić go z powrotem do stropu, ale dziury były już tak wyrobione, że korki nie chciały się trzymać. Pan Mąż poradził mi więc, żeby użyć kotwy chemicznej. Nałożyłam tej masy w dziury, włożyłam korki i jutro spróbujemy ponownie przykręcić ten karnisz. Ciekawe, czy będzie się trzymał...
Dzisiaj natomiast wysiadło urządzenie do zmiękczania wody i tu już nie ma sposobu, trzeba wezwać serwis. Żyć bez tego można oczywiście, ale u nas jest tak twarda woda, że po tygodniu będę miała całe krany w kamieniu i zakamieniony czajnik, nie mówiąc już o osadzie na kabinie prysznicowej (od kiedy mamy ten zmiękczacz na ujęciu, szyby w kabinie wystarczy porządnie umyć raz w miesiącu - no i oczywiście ściągamy krople po każdym prysznicu).
Dawno już nie miałam takiej serii. Pamiętam, że często tak kiedyś bywało, że jak PM wyjechał, to od razu coś mi się psuło, a to samochód, a to piec, a to coś innego.
Dzisiaj wykorzystałam dzień na prace domowe, prasowanie, gotowanie, no i ten karnisz!
Tak wyglądało wczoraj rano po deszczu. Kotki wybrały się na spacer. Podobno jak koty jedzą trawę, to będzie deszcz, ale to chyba nieprawda, bo Luna codziennie musi najeść się trawy, a jakoś codziennie nie pada. Filip trawy nie tyka, on jest wyłącznie mięsożerny.
czwartek, 2 kwietnia 2020
Dzień 22
Dzisiaj natomiast miałam dzień bez zajęć zdalnych. Bardzo lubię te dni, bo nie muszę godzinami tkwić przy komputerze. Nie cierpię tego tkwienia kilka godzin na krześle przed ekranem!!! Zrobiliśmy drobne porządki w garderobie, a potem pół dnia siedziałam w kuchni. Ugotowałam barszczyk czerwony, a do barszczu upiekłam paszteciki - połowę z kapustą i grzybami, a połowę z soczewicą dla Madzi, bo ona grzybów nie chce jeść. A teraz dopieka mi się pleśniak według przepisu z Moich Wypieków, tylko z dżemem jeżynowym z naszych własnych jeżyn.
Paszteciki z poniższego przepisu zdecydowanie Wam polecam, a przepis dostałam lata temu od Teściowej.
Paszteciki krucho-drożdżowe
0,5 kg mąki
250 g masła
50 g drożdży (ja daję mniej - ok. 30 g)
szklanka śmietany 18%
pół łyżeczki soli
Masło posiekać z mąką i solą. Drożdże rozpuścić w śmietanie, dodać do ciasta, całość szybko zagnieść - nie jak drożdżowe, tylko do połączenia składników, jak kruche. Włożyć ciasto do naczynia, przykryć i wstawić do lodówki na 2-3 godziny. Następnie podzielić na 4 części, rozwałkować i nałożyć farsz. Zwinąć i pokroić, posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać czarnuszką lub kminkiem. Piec w 175 stopniach na złoty kolor.
Farsz 1 - kapusta, grzyby, podsmażona cebulka
Farsz 2 - ugotowana soczewica czerwona, podsmażona cebulka, przyprawy (papryka wędzona, pieprz, sól, papryka ostra, kolendra)
Farsz 3 - grubo mielony pasztet lub mielone mięso np. z rosołu z przyprawami
środa, 12 lutego 2020
Wirusy i zupa pomidorowa
W przyszłym tygodniu wypada z kolei moja przerwa międzysemestralna, tak więc dzięki wirusowi mam aż dwa tygodnie wolnego, ale nie ma lekko, trzeba to potem odpracować.
W kolejnym tygodniu będziemy mieć w domu dziewczynkę z Rumunii z Erasmusa, więc będzie się działo!
Koty przeczekują orkany i wichury w bezpiecznej przystani Madziowego łóżka i nawet specjalnie się nie kłócą.















































