Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepisy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepisy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 października 2021

Zaspany poniedziałek i zaskoczenie kulinarne

Poniedziałek jest najcięższym dniem w tygodniu, zaczynam o 7.30 i mam cztery bloki zajęć z przerwą pośrodku, a od listopada dojdzie mi do tego jeszcze jeden wieczorny fakultet, który na szczęście będzie liczył tylko 7 spotkań. Jak jeszcze do tego dołożyć niewyspanie, robi się ciężko. Wczoraj wyjątkowo długo nie mogłam zasnąć, wszystko mi przeszkadzało - poduszka gryzła w szyję, pod kołdrą było mi za gorąco, a bez kołdry za zimno, barki jakoś cierpły i nie mogłam znaleźć wygodnej pozycji. Przez to wszystko spałam dziś może ze trzy godziny i dziś funkcjonuję na autopilocie. Na szczęście między zajęciami udało mi się wyjść na spacer, pomimo niewielkiej mżawki obleciałam lasek dookoła i dzięki temu zajęcia popołudniowe jakoś poszły.


Zaskoczeniem kulinarnym natomiast jest dyniowy sernik bez sera, który upiekłam wczoraj. Gdybym sama nie zrobiła tego ciasta, w życiu nie uwierzyłabym, że nie ma tam ani grama twarogu. Szczerze mówiąc, robiąc ten wypiek byłam przekonana, że nie wyjdzie, bo konsystencja po zmiksowaniu wszystkich składników była niemal płynna. Wyszło jednak i to jak! Postanowiłam zapisać przepis, bo mam go w charakterze notatki w telefonie i boję się, że mi gdzieś zaginie, zanim wpiszę do zeszytu.

Dyniowy sernik bez sera
1 kg dyni bez skórki (użyłam makaronowej)
22 dag cukru
1 cukier waniliowy
75 g masła
2 pomarańcze
3 łyżki miodu
5 jajek
125 ml śmietany 12% (dałam 18%, bo taką miałam bez laktozy)
22 dag mąki kukurydzianej (miałam tylko 15 dag, więc resztę dosypałam zwykłej tortowej)
3 łyżki posiekanych migdałów
łyżeczka cynamonu (dodałam od siebie)

Dynię pokroić w kostkę, dodać skórkę i sok z jednej pomarańczy, udusić do miękkości. Po wystudzeniu, dodać masło i cukier waniliowy, zblendować na mus. Ubić jajka, stopniowo dodając cukier. Mus dyniowy ucierać mikserem, dodając miód, śmietanę, ubite jajka, mąkę, cynamon i sok z drugiej pomarańczy. Przelać do szczelnej formy, piec w 180 stopniach przez 55-60 minut. Wystudzić w uchylonym piekarniku.


piątek, 16 kwietnia 2021

Kwietniowy marazm

Na blogu cisza, bo ostatnio jakoś nudno, nic się nie dzieje, w kółko to samo jak w Dniu Świstaka i nawet nie ma specjalnie o czym pisać. Myślałam, że do połowy kwietnia skończę pracę z pergolkami na taras, które zaczęliśmy skręcać, ale chciałam jeszcze pomalować je bejcą na ciemnobrązowo. W czasie skręcania pierwszej jednak zepsuła nam się wkrętarka - coś zaczęło iskrzyć, skręcanie śrubokrętem natomiast szło nam dość mozolnie. W międzyczasie Mikołaj pozbył się drugiej ósemki i był przez kilka dni bez sił, a sprawy dopełniła pogoda, bo jest wciąż mokro i zimno, i nie mam specjalnie ochoty na prace na powietrzu. Tak więc jedna pergolka jest skręcona prawie do końca, a druga stoi jeszcze w opakowaniu i czeka na lepsze czasy. Pozostałe prace w ogrodzie leżą odłogiem. Zakwitły morelki, jak zawsze pierwsze, ale przy tej pogodzie pewnie żadne owoce się nie zawiążą (owoców i tak jest niewiele, bo to stare drzewa, ale w zeszłym roku było kilka sztuk - drzewka właściwie należałoby wyciąć, ale rozrosły się tak, że tworzą wraz z jabłonką naturalny dach, pod którym lubimy stawiać stół latem).

Mam coraz większą niechęć także do komputera i zajęć zdalnych, rano muszę wręcz zmuszać się do odpalenia Teamsa i zajrzenia, jakie też maile przyszły od studentów. Na szczęście z niektórymi grupami już powoli finiszujemy, jeszcze około miesiąc i koniec. Niestety opóźniony pierwszy rok będzie ciągnął się do końca czerwca....

Czasem miałabym ochotę uwalić się tak jak Filip na poniższym zdjęciu i żeby nikt niczego ode mnie nie chciał przez cały jeden dzień. Zwłaszcza, jak szefowe wymyślają kolejne kretyńskie zarządzenia...

Nawet czytać mi się specjalnie nie chce i czytam jakieś romansidła, bo nie mam chęci na poważniejszą literaturę. Staram się jednakowoż czytać po angielsku, zawsze to jakaś korzyść, jak już treść chałowata, to chociaż nadrabiam językiem. 

W nadchodzący weekend mieliśmy wybrać się do Sister do Warszawy, bo Sister zmieniła lokum i chcieliśmy odbyć parapetówkę, ale pogoda ma być deszczowa, w związku z czym zrezygnowałam z tego planu, bo wyjść nigdzie poza dom pewnie się nie da i bez sensu siedzieć Sister na głowie (i stresować jej kota).

Z ciekawostek, byłam z Madzią na drzwiach otwartych w jej upatrzonej szkole, a właściwie, jak Mikołaj powiedział, był to link otwarty, bo wszystko odbyło się online. Szkoda, że nie można znaleźć się w budynku, bo można by wtedy poczuć atmosferę i zastanowić się, czy widzimy się w tej szkole, czy nie. W każdym razie, docelowy wychowawca - historyk - bardzo mi się na tym spotkaniu podobał. Oczywiście nie wiem, jakim jest nauczycielem, ale miał u mnie duży plus za piękną polszczyznę, rzadko zdarza się słyszeć osoby około 30-tki tak ładnie wysławiające się po polsku. Zobaczymy, czy Madzi uda się tam dostać, klasa jest humanistyczna, więc próg punktowy nie powinien być za wysoki. Gdyby utrzymał się próg z ubiegłego roku, powinno jej wystarczyć punktów, o ile oczywiście nie położy matematyki na egzaminie. A przyciąga ją tam język rosyjski nauczany od podstaw, bo umyśliła sobie, że będzie się tego języka uczyć, porzucając niemiecki.

Coraz bliżej te historie rekrutacyjne, mam nieprzyjemne dreszcze na samą myśl o tym!

Wiosna panuje tylko na talerzu. Pojawiły się już szparagi i botwina, więc korzystam ile można. Zostawię bardzo fajny przepis na penne z botwiną, oczywiście może być każdy inny makaron zamiast penne. Zdjęcie nie jest niestety bardzo "wyględne", bo i samo danie nie jest, ale jest naprawdę bardzo, bardzo dobre i znajduje się wysoko na liście moich ulubionych dań. W dodatku całe przygotowanie zajmuje góra 30 minut. Znalazłam ten przepis bardzo dawno temu, jak jeszcze podejmowałam próby wyhodowania warzyw w ogrodzie, i zasiane buraki w ogóle nie zawiązały bulw, więc miałam pełno botwiny, z którą nie miałam co zrobić.

Makaron penne z botwinką (proporcje na 1 osobę)

1 pęczek botwiny

sok z 1 cytryny

2 ząbki czosnku

1 mała suszona ostra papryczka

oliwa z oliwek

parmezan

Botwinę posiekać. Buraczki, jeśli są malutkie, można posiekać i dusić z resztą; większe buraczki trzeba drobno pokroić, żeby zdążyły trochę zmięknąć. Czosnek i papryczkę zmiażdżyć, lekko podsmażyć na oliwie. Dorzucić botwinkę, wymieszać, dodać sok z cytryny i przykryć garnek / patelnię pokrywką na około 5-7 minut. Botwina z reguły puszcza wodę i nie trzeba nic dolewać, ona dusi się we własnym sosie (ewentualnie można dolać 1/4 szklanki wody). W międzyczasie ugotować makaron i dorzucić go do uduszonej botwinki, wymieszać i nakładać na talerze. Posypać dość obficie parmezanem. 

To danie naprawdę nie wymaga dodawania dodatkowej soli ani pieprzu :) - pod warunkiem, że papryczka jest naprawdę ostra, i że użyjemy sporo parmezanu.

Dla więcej niż jednej osoby trzeba dołożyć po pęczku botwiny na głowę, bo ona mocno zmniejsza objętość, oraz po jednej cytrynie.


niedziela, 21 marca 2021

Niedzielne rozkminy

Pierwszy dzień wiosny nie jest oszałamiający, od rana pada na przemian deszcz i śnieg, temperatura oscyluje około zera. Z naszego wyjazdu nad morze nic nie wyszło, pokonali nas kolejnym lockdownem. Za dwa tygodnie Wielkanoc, wypadałoby okna umyć, ale nie ma jak w taką pogodę. Najwyżej więc będą brudne, no chyba że temperatura podskoczy w przyszłym tygodniu. Lubię, jak Wielkanoc wypada tak jak w tym roku, na początku kwietnia, lub nawet na początku marca. Lubię też te wiosenne porządki, świeżo uprane firanki i czyste okna. Dom jest wtedy taki przewietrzony, pachnący czystością i wtedy już naprawdę można pożegnać zimę, a przywitać przyjemniejszą część roku. Póki co, schowałam większość zimowych kurtek, wyczyściłam zimowe buty, i mam nadzieję, że już nie będą nam potrzebne.


Wyjść się dziś nie da, więc leniuchujemy. Mam dziś kompletne pomieszanie z poplątaniem w kuchni, bo zrobiłam remanent lodówki i okazało się, że pewne rzeczy trzeba już zjeść. Tak więc dziś był barszcz czerwony z tortellini zamiast uszek, a do tego focaccia z pomidorem i oliwkami (przepis wrzucam niżej). Na jutro natomiast ugotowałam butter chicken, tak więc mamy kombo polsko-włosko-indyjskie.

Czekamy na wyniki Madzi z konkursu. Nie mam zbyt dużych nadziei - to byłby cud, gdyby została laureatką. Egzamin próbny poszedł jej średnio i jeśli będzie musiała pisać matmę, to może się skończyć bardzo różnie. Wyników oficjalnych co prawda jeszcze nie było, ale przeglądały z koleżanką arkusz i omawiały swoje odpowiedzi. Wyszło, że wszystkie zadania otwarte Magda ma źle, a i w zamkniętych sporo namieszała. Ona niestety ma to po mnie, ja oczywiście siedzę cicho i nic o tym nie mówię, ale ona dokładnie opisuje moje doświadczenia z matematyką - robiłam zadania i wydawało mi się, że wszystko rozwiązuję dobrze, jestem z siebie bardzo dumna, a potem przy sprawdzaniu wyników - bum, wszystko źle. Gdzieś jakiś głupi błąd w myśleniu po drodze zawala całe zadanie. Mnie udało się swego czasu ominąć egzaminy z matematyki, bo akurat w 8 klasie też byłam laureatką z polskiego i do liceum dostałam się bez egzaminów, a obowiązkowej matury z matematyki za moich czasów nie było. Madzia nie ma tyle szczęścia niestety i zastanawiam się właśnie, co zrobić, żeby jej pomóc. W szkole mają dwie godziny dodatkowych zajęć, ale to jakoś nie działa. Korepetycje...? Chcieliśmy tego uniknąć, ale może nie będzie wyjścia...?

Jedyną pociechę stanowi dla mnie myśl, że egzaminy pójdą w całej Polsce tak samo kiepsko, no niestety nauka zdalna nie sprawdza się na dłuższą metę. Pewnie więc progi do liceów też ogólnopolsko pójdą w dół.

Poza tym zauważam też pewne problemy natury psychicznej, brak normalnego życia towarzyskiego robi swoje, plus presja ze strony nauczycieli, bo niektórzy naprawdę mocno przesadzają z wymaganiami. Zapisałam więc Madzię do psycholog szkolnej, to bardzo fajna młoda dziewczyna z dobrym podejściem do młodzieży, ale o dziwo spotkałam się z oporem - nie i już. Ona nie pójdzie do nikogo, kto jest związany z tą szkołą, bo ona tej szkoły nienawidzi i nie chce rozmawiać z nikim stamtąd. Tłumaczę więc, że przecież panią Martę zawsze lubiła, że rozmowy są poufne - jak grochem o ścianę. Tak więc zadziało się tam coś bardzo niedobrego, albo Madzia przenosi na szkołę emocje związane z pandemią, bo przecież zawsze chętnie do szkoły chodziła i nie miała żadnych problemów. Och, niech już wreszcie przejdą te wszystkie historie i niech ona będzie już w nowej szkole, gdzie zacznie nowy rozdział... 

Uświadomiłam sobie pisząc powyższe słowa, że jak skończy się u Madzi, to zacznie się u Mikołaja, bo on będzie miał za rok maturę i będzie musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, co chce zrobić dalej ze swoim życiem. Refleksji na ten temat póki co u niego brak i zdaje się, że będę miała kolejny powód, żeby jeszcze bardziej osiwieć :(

Focaccia z pomidorami i oliwkami

500 g mąki do pizzy (kupuję mąkę marki Primo Gusto, jest bardzo fajna - przepis dalej z opakowania tej właśnie mąki)
10 g drożdży

350 ml ciepłej wody

1 łyżeczka cukru

1 czubata łyżeczka soli

50 ml oliwy

2 pomidory

1/2 małego słoika oliwek (mogą być już pokrojone)

2 kulki mozzarelli

sól, pieprz

Drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie z cukrem. Mąkę wymieszać z solą, dodać oliwę i wodę z drożdżami, wyrobić przez 10 minut (ja wyrabiam robotem). Wody można dolać w razie potrzeby, ciasto powinno być dość luźne. Wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia na godzinę - półtorej. Piekarnik nagrzać do 230 stopni. Wyrośnięte ciasto wyłożyć na blachę z papierem do pieczenia, rozprowadzić rękami po całej blasze. Na cieście ułożyć pokrojone na plastry pomidory, posypać oliwkami, lekko powciskać pomidory i oliwki w ciasto. Posypać mozzarellą i pokropić oliwą. Ja posypuję jeszcze po wierzchu grubo mieloną solą i pieprzem. Piec około 20 minut w 230 stopniach, do zarumienienia się mozzarelli.

wtorek, 16 marca 2021

Włosowy update

Z moimi włosami już nieco lepiej i pozbyłam się trochę tej upiornej czerni. Wypróbowałam kolejno, każdego dnia: (1) płukanie rumiankiem, (2) mycie włosów szamponem z rozpuszczonymi dwiema tabletkami aspiryny, (3) szampon rozjaśniający do włosów blond, kupiony w Rossmanie. Każdy z tych kroków trochę mi ściągnął tej czerni, ale chyba najlepiej podziałał ten szampon, po dzisiejszym myciu znajduję się gdzieś w okolicach brązu i to już zaczyna wyglądać akceptowalnie. Zastanawiałam się, czy nie położyć innego koloru na ten ciemny, ale jasny raczej nie chwyci, albo też chwyci w nieprzewidzianą stronę. Jednakowoż nie mam ochoty na prawdziwie ZIELONE włosy... Tak więc będę myła tym nowym szamponem i może po jakimś czasie pójdę jednak do fryzjera (ale to chyba dopiero po Wielkanocy, bo przed świętami raczej nie zdążę).


Wiosny za bardzo nie widać, ale może przyjdzie w przyszłym tygodniu. Mam ochotę gdzieś pojechać na weekend, myślałam o jakiejś miejscowości nad morzem, ale na razie nic nie rezerwuję, bo obawiam się lockdownu w całym kraju. Może znajdę coś na gorąco przed weekendem. Madzia miała wczoraj swój konkurs z polskiego, a od jutra ma egzaminy próbne, więc dwa dni urlopu też by jej się przydały. Swoją drogą, egzaminy próbne w Madzi szkole są już CZWARTY raz... Naprawdę wydaje mi się, że ktoś tu zwariował, po co tyle tego? Na wyniki z polskiego musimy poczekać do następnego tygodnia. Do wyboru były trzy formy: list, rozprawka i esej; Madzia wybrała esej na temat "Czasami trudno jest być bratem / siostrą". Z jednej strony, esej jest łatwy, bo nie ma takich ograniczeń formy, co list i rozprawka, ale z drugiej strony, łatwo zboczyć z tematu, więc efekt może być różnoraki. Szczerze mówiąc, Madzia nie przykładała się ostatnio do przygotowań, więc nie robimy sobie wielkich nadziei, ale może właśnie to jest jej potrzebne, żeby zebrać konsekwencje własnej działalności.

Zostawię dziś przepis na chińszczyznę. W naszym domu ekspertem od woka jest Pan Mąż, jego kaczka w tamaryndowcu to moje ulubione danie EVER. Nie udało mi się nigdy jeszcze zrobić zdjęcia, bo prędzej tę kaczkę zjadam, niż zdążę pomyśleć o zdjęciach. Może kiedyś mi się uda. Mnie czasami też jednak zdarza się użyć woka, i ostatnio zrobiłam tofu z warzywami w sosie słodko-kwaśnym, które wyszły naprawdę wybitnie. Wyszło tyle, że miałyśmy z Madzią obiad na dwa razy. Mikołaj daniami kuchni chińskiej gardzi niestety, wszystko co dalej na wschód niż Ganges jest dla niego nie do przyjęcia.

Tofu z warzywami w sosie słodko-kwaśnym
200 g naturalnego tofu
por - biała część
2 ząbki czosnku, rozgniecione
łyżka startego imbiru
2 łyżki oleju
warzywa - można kombinować z następujących: marchewka, papryka, cukinia, groszek cukrowy, mini-kolby kukurydzy, pędy bambusa, kapusta pak-choi itd.
garść grzybów mun
puszka ananasa w kawałkach
Sos: sok z ananasa (odsączony z puszki), 300 ml sosu passata, 5 łyżek sosu sojowego, 3 łyżki octu, 3 łyżki miodu
do zagęszczenia: 3 łyżki mąki kukurydzianej lub 2 łyżki mąki ziemniaczanej
sól, pieprz

Najwięcej jest roboty z krojeniem: por na plasterki, marchewka w słupki, papryka na dowolne kawałki. Grzyby namoczyć zgodnie z przepisem na opakowaniu (czasami trzeba podgotować, ale ja ostatnio kupiłam krojone w paski i wystarczyło je tylko moczyć przez 10 minut). Ananasa odsączyć, zachowując sok. Na rozgrzany olej wrzucić por, czosnek i imbir, smażyć przez 2-3 minuty. Następnie po kolei wrzucać warzywa, zaczynając od najtwardszych, czyli: marchewka, po 3 minutach groszek cukrowy, po następnych 3 - papryka / cukinia. Na tym etapie dolewam odrobinę wody i przykrywam wok, żeby warzywa lekko zmiękły, ale żeby zostały chrupiące. Na sam koniec dodać kukurydzę, bambus i grzyby. Przygotować sos - wymieszać wszystkie składniki, dodając mąkę. Wlać wszystko do woka i zagotować do zgęstnienia. W tym momencie dopiero dodaję ananas i pokrojone w kostkę tofu. W razie potrzeby, sos można doprawić miodem lub octem, powinien być dość kwaśny, ale słodycz powinna dominować. Na ostatnie 3 minuty wrzucam posiekaną kapustę pak-choi, jeżeli akurat ją mam. Całość doprawiam solą, pieprzem lub sosem sojowym w razie potrzeby. Podawać z makaronem ryżowym lub z ryżem.



niedziela, 24 stycznia 2021

Niedzielny relaks

Lubię takie niedziele, kiedy nigdzie mi się specjalnie nie spieszy i mogę sobie spokojnie poukładać myśli. Wczoraj miałam zaocznych i kiedy skończyłam zajęcia, z rozpędu przygotowałam sobie materiały na kolejny tydzień, więc dzisiaj mam spokojną głowę i nie stresują mnie myśli o pracy. Uświadomiłam sobie też, że zostały mi tylko dwa spotkania w ramach fakultetu z doktorantami, tak więc potem będę miała wolne środowe wieczory, super :) 

Pan Mąż wciąż tkwi w Kolumbii i to już w ogóle nie jest śmieszne. Statek jest spodziewany w porcie jutro, no zobaczymy, zobaczymy. Całe szczęście, że w sumie jest tam dość przyjemnie w tej Kolumbii, ciepło, w morzu można się kąpać, tylko PM narzeka na "nagabywaczy", na każdym kroku chcą coś sprzedać czy na coś naciągnąć i są bardziej namolni niż w krajach arabskich. Nawet jak jest się w restauracji, to zdarza się, że ktoś podchodzi do stolika i zaczyna np. rapować lub śpiewać, i trzeba być dość obcesowym, żeby się takich natrętów pozbyć. Cóż, na pewno wolelibyśmy, żeby PM spędził ten tydzień w domu zamiast na wygnaniu, ale jak już musi być na tym wygnaniu, to nie jest tam ostatecznie tak źle. Są miejsca na Ziemi, w których pewnie PM siedziałby cały tydzień w hotelu, nie mając ochoty wyściubić nosa z pokoju. Poniżej kilka świeżych zdjęć.






Dla kontrastu, zdjęcie z naszego dzisiejszego spaceru...


Mokro i ponuro było przez ostatnich kilka dni, dzisiaj padał taki deszczo-śnieg albo śniego-deszcz, zależy od punktu widzenia, ale wyciągnęłam młodzież na spacer, żeby chociaż trochę się przewietrzyli, bo pierwszy tydzień po feriach w zdalnej szkole sprawił, że ANI RAZU nie wyszli z domu za dnia. Chociaż nie, Mikołaj chodził do ogrodu naprawiać Czerepacha (czyli bałwana), ale dzisiaj ostatecznie Czerepach uległ ostatecznej destrukcji i Mikołaj porzucił naprawę na dobre.

Dzisiaj więc po spacerze oddałam się gotowaniu, jak zwykle na zapas, mam więc zrobione pieczone kurze nogi, które zjedliśmy dziś na obiad z Mikołajem, risotto z pomidorami (obiad Madzi), a także butter chicken, a właściwie butter turkey, który będzie na obiad jutro. Przy dobrej organizacji, następny obiad od zera ugotuję dopiero w czwartek. Wczoraj natomiast naszło mnie na faworki i nasmażyłam dwa półmiski. Co ciekawe, myślałam, że wszystko zejdzie, ale jakoś nie zeszło, młodzież je jakoś mniej ciastek czy co...? Zastanawiające.

Faworki
25 dag mąki
5 żółtek
2 łyżki kwaśnej śmietany (może być 18%)
łyżka wódki bądź octu
szczypta soli
olej do smażenia
cukier puder

Składniki ciasta posiekać nożem i zagnieść. Rozwałkować na cienkie placki, uformować faworki. Smażyć w mocno rozgrzanym oleju na złoty kolor z każdej strony. Po wyjęciu z oleju odsączyć faworki z tłuszczu na papierowym ręczniku, następnie przełożyć na półmisek i posypać cukrem pudrem.



sobota, 21 listopada 2020

Jesienne (nie)porządki

Piękna jesień już minęła, ostatnich kilka dni to typowo listopadowa aura, a od wczoraj dodatkowo temperatura spadła w okolice zera. Skorzystaliśmy z ostatniego ciepłego dnia, żeby pozdejmować z tarasu rośliny, które muszą przezimować w domu. Nie wiem, co mam zrobić z bambusem fargesia, teoretycznie jest mrozoodporny, ale ile mrozów nas czeka i czy on przetrwa? - zagadka. Podobnie sundavilla, która znosi temperatury do -5, ale jak czytałam, jest dość trudno przezimować ją w domu, musiałaby stać w ogrodzie zimowym lub na werandzie, ale takowych nie posiadam. Poza tym mocno się rozrosła i ciężko by mi było ją ściągnąć z balustrady. Tak więc na razie została i stoi. Zastanawiałam się, czy może obłożyć donicę styropianem, to zawsze dodatkowa izolacja. 

Poniżej zamieszczam moją kwitnącą ciągle nasturcję i inne zieloności, to jakiś rekord, już po 20 listopada!





Mam kilka pomysłów na taras na następną wiosnę, ale zdecydowanie będę chciała utrzymywać tę ilość zieleni, bo dużo przyjemniej się na tym tarasie siedzi. Na następny sezon będę chciała zamontować dwumetrowe pergolki z donicami w dolnej części, to nas trochę odseparuje od sąsiadów.

Poza tym, to dopada mnie listopadowa niemoc, ogólnie rzecz biorąc każdy dzień wygląda tak samo i brak mi trochę jakiejś odmiany. Jechać nigdzie nie wolno na dłużej, dni coraz krótsze, plus godziny spędzane przy komputerze. Dodatkowo walnęli nas dziś wiadomością, że likwidują ferie, które u nas wypadały w tym roku w lutym. Ja mam zawsze przerwę międzysemestralną w drugiej połowie lutego i raz na trzy lata moje ferie pokrywają się z feriami dzieci, to miał być właśnie ten rok i myślałam, że może uda nam się gdzieś na parę dni wyskoczyć... ale wygląda na to, że nic z tego. Mocno mi się wydaje, że władze będą próbowały przepchnąć jakieś ograniczenia w podróżowaniu, bo już to widzę, jak ludzie karnie puszczają dzieci do szkoły i rezygnują z zimowych wyjazdów (w naszej okolicy i w naszym kręgu znajomych stanowimy jakieś "dziwo", bo nie jeździmy na nartach.... tutaj jeżdżą prawie wszyscy).

Dobrze, że chociaż galerie handlowe otwierają, to będzie można wyjść z domu i choćby popatrzeć na coś kolorowego. Myślimy już powoli nad prezentami gwiazdkowymi, a jeszcze przed nami urodziny Pana Męża i też chcemy mu jakieś ciekawe prezenty sprokurować, bo niestety nie wyjdzie ani impreza, ani wyjazd, który po cichu nam się marzył. Pan Mąż nie był w domu na swoje urodziny już dawno, i pech chciał, że ten raz, kiedy w domu jest, musiał wypaść akurat podczas pandemii....

Zostawię Wam jeszcze przepis, z którego jestem dumna. Jak chcemy z PM zrobić sobie specjalny posiłek, kupujemy w Selgrosie świeże małże (zupełnie niedrogo! niewiele ponad 20 zł za kilogram!) i robimy poniższą potrawę. Pierwszy raz zrobiłam małże z tego przepisu kiedyś na wakacjach w Portugalii i bardzo lubię tę recepturę, a małże to chyba moje ulubione frutti di mare.

Spaghetti z małżami (spaghetti con le cozze)
1 kg małży
1 duża cebula
2 małe suszone papryczki (lub 1 świeża)
2 łyżki masła klarowanego
1 butelka wytrawnego białego wina (plus druga do wypicia)
spaghetti
świeża zielona pietruszka

Cebulę drobno posiekać i razem z rozgniecionymi papryczkami podsmażyć do zeszklenia na maśle. Nastawić makaron i gotować zgodnie z przepisem. Do cebuli wlać wino (można nawet całą butelkę) i gotować, aż częściowo się zredukuje (około 10 minut). Wrzucić oczyszczone małże, gotować przez około 10 minut, jeden raz mieszając w trakcie gotowania. 
Nałożyć spaghetti na talerze, obok w dużym garnku podać muszle. My zazwyczaj wyciągamy małże z muszli, dodajemy sos od gotowania, i posypujemy całość pietruszką. Kilogram małży starcza na 2 osoby.
Dodam jeszcze, że jak długo robię ten przepis, czyli od kilku lat, tylko raz zdarzyły mi się niezbyt świeże małże. Najlepiej więc kupować takie w siatce, a nie w plastikowym opakowaniu, bo można od razu powąchać. Świeże małże pachną morzem i wodorostami. Nie robimy też nigdy cyrku z wyrzucaniem otwartych lub zamkniętych muszli. One otwierają się pod wpływem gorąca. Czasami są przymknięte, ale można taką muszlę powąchać i w razie wątpliwości wyrzucić. Wyrzucamy tylko te, które zupełnie nie dają się otworzyć po ugotowaniu.




czwartek, 12 listopada 2020

Po święcie...

Taka refleksja przyszła mi wczoraj do głowy - kilka lat temu chętnie oglądaliśmy z dzieciakami transmisje z defilady na 11 listopada i ze złożenia wieńca u Nieznanego Żołnierza, a teraz zupełnie przestaliśmy, niestety nie ma na co (ani na kogo) patrzeć z dumą, albo chociaż z akceptacją. Strasznie się zdewaluowało to święto przez parę ostatnich lat, i do tego jeszcze te marsze narodowców... wstyd. Cieszyłam się więc, że zawsze w Poznaniu na 11 listopada było wesoło, parada, Święty Marcin, rogale, wieczorem koncerty. A w tym roku i tego nie ma, cisza, wiatr hula po mieście, rogale każdy zajada w domu. Niech już się skończy ten 2020 rok!!!

Poszliśmy wczoraj na krótki spacerek nad zamgloną Wartę, ludzi mało i tylko jacyś okazjonalni kolarze zasuwali leśnymi ścieżkami.



Dziś musieliśmy pojechać do banku i załatwić jakieś drobne sprawy osobiście. Było nawet wygodnie, bo kolejek brak, wszystko udało się załatwić błyskawicznie, a banki działają normalnie i nie mają nawet godzin dla seniora (chociaż wisiała kartka, że seniorzy będą w godzinach 10-12 obsługiwani w pierwszej kolejności). 

Dawno już nie było przepisu, a właśnie przypomniałam sobie o jednej z moich ulubionych potraw zimowo-jesiennych.

Zapiekane warzywa
1 cukinia
1 bakłażan
1 fenkuł
1 duża cebula
250 g małych pieczarek
słoik pomidorów suszonych w zalewie
łyżka kaparów
ser feta (najlepiej prawdziwy, grecki kozio-owczy)
pietruszka zielona do posypania
sól, pieprz

Warzywa pokroić, cukinię i bakłażana w dużą kostkę, fenkuł i cebulę w piórka. Małych pieczarek kroić nie trzeba. Wszystkie warzywa wrzucić do naczynia żaroodpornego, polać zalewą pozostałą po suszonych pomidorach, posolić i popieprzyć. Podlać szklanką wody, bulionu lub białego wina, i wstawić do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni na około godzinę. W czasie pieczenia kilka razy pomieszać. Na ostatnie 20 minut wrzucić ser feta, pokrojony w kostkę. Po wyjęciu z pieca posypać zieloną pietruszką.
Takie warzywa można podawać jako dodatek do obiadu, ale my często jemy jako samodzielne danie, z ryżem lub pieczywem (grzanki z bagietki bardzo dobrze pasują). Można też podać dodatkowo dressing musztardowy lub pesto.





niedziela, 11 października 2020

Niedziela, strefa żółta

W ramach prowadzenia w miarę normalnego życia podczas pandemii, Madzia pojechała w piątek na weekend do Sister do Warszawy (pociągiem! sama!), a Pan Mąż wybrał się do knajpy na męskie piwo. W pociągu, jak mieliśmy okazję zaobserwować odprowadzając Madzię, maski poprawnie nosi większość, ale Madzia siedziała akurat obok typa, który maskę miał na brodzie... Pan Mąż pytał konduktorkę, czy zwracają uwagę na poprawne noszenie masek, ale uzyskał tylko informację, że stosowna instrukcja puszczana jest co jakiś czas przez głośnik i tyle. Na marginesie, Pan Mąż jechał pociągiem z Neapolu do Sorrento i mówi, że po każdej stacji przez pociąg przechodził konduktor i zwracał uwagę, jeśli ktoś miał zsuniętą maseczkę. Ciekawe, że tam można, a u nas nie można... Poza tym, jak to kolej, napchała do imentu trzy pierwsze wagony, a w trzech ostatnich było pustawo. Madzia wraca dziś na obiad i ciekawa jestem, jak będzie wyglądała podróż w tę stronę.

Jeśli natomiast chodzi o obserwacje knajpiane, to PM mówi, że siedzi człowiek na człowieku, we wszystkich lokalach pełno, a maseczkami nie przejmuje się nikt, no bo przecież konsumują. Ale to było na dzień przed wprowadzeniem żółtej strefy, więc może się coś zmieni. Przemknęło mi przez głowę oczywiście, że chroni się człowiek na różne sposoby, a potem wsiada się do pociągu albo idzie do knajpy... ale z drugiej strony, młodzież chodzi do szkoły i jakoś żyje.

Szkoły, no właśnie. Miałam trochę nerwów w ubiegłym tygodniu, bo obawiałam się, że szkoły zamkną nam całkowicie już teraz, a przeraża mnie wizja nauki zdalnej dla mojej młodzieży. Nie rozumiem, dlaczego nie można wprowadzić hybrydy, żeby rozgęścić te szkoły? Np. niektóre klasy uczą się w domu, niektóre w szkole, a nauczyciel może nadawać ze szkoły w przypadku lekcji w klasie, która jest na zdalnym. U Madzi w szkole wprowadzono streamingowanie lekcji, jeśli w danej klasie jest mniej niż połowa uczniów, i w piątek już były u niej takie lekcje, których co prawda nie obejrzała, bo siedziała w pociągu do Warszawy. 

Uważam, że zamiast ograniczać życie młodym ludziom, powinno się ograniczyć starszych, bo oni są grupą ryzyka, a mają to w nosie, bo przecież oni już swoje życie przeżyli, więc co z tego, że mogą umrzeć, bo wiedzą, że i tak w każdej chwili mogą. Ale że po drodze zablokują szpitale i respiratory dla młodszych, to ich nie interesuje. Ech, zła jestem, bo widzę, co moja własna rodzicielka wyprawia w swoim klubie seniora, a moja młodzież w tym czasie grzecznie siedzi w domu.

Zostawię tymczasem przepis na knedle ze śliwkami, wychodzi z tego przepisu idealne ciasto, a śliwki jeszcze są, więc może nawet zrobię jeszcze raz.

Knedle ze śliwkami (ok. 30 sztuk)

1,5 kg ziemniaków mączystej odmiany (takiej na kluski i knedle właśnie)

ok. 300 g mąki pszennej

1 jajko

łyżka cukru

śliwki, wypestkowane, ale w całości (nie rozdzielać na pół)

Ziemniaki ugotować, ostudzić, przepuścić przez maszynkę do mielenia. Do zmielonych ziemniaków dodać jajko i cukier, stopniowo dosypując mąkę do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Ciasto musi być zwarte, ale kleiste. Odrywać kawałki ciasta, formować placuszek, w środek wkładać śliwkę i zwijać w kulkę. Gotowe knedle gotować we wrzącej wodzie z olejem lub masłem, przez około 1 minutę od wypłynięcia. 

My najbardziej lubimy knedle ze śmietaną, cukrem i cynamonem, ale podobno są też zwolennicy tartej bułki podsmażanej na maśle :)



czwartek, 24 września 2020

Wrrr

Od wczoraj zmagam się z różnymi kwestiami zawodowymi, związanymi z organizacją nowego roku akademickiego (nawiasem mówiąc, w drugim oknie mam teraz otwarte bardzo nudne szkolenie online z efektów kształcenia, które mogę podsumować przysłowiem "nie ucz ojca dzieci robić", no ale czasami trzeba odsiedzieć swoje). W każdym razie, ilość tych wszystkich absurdów, które mnie czekają w tym roku w pracy, jest porażająca. Pracować się odechciewa, motywacja spada do poziomu -100, i przestaję powoli widzieć sens w tym, co robię. W kuluarach mówi się o tym, że praca zdalna będzie wydłużona na cały rok akademicki, więc w sumie dobrze się składa, że kupiliśmy te meble w Ikei. Pan Mąż właśnie na dole buduje dla mnie biuro i już mam dreszcze na myśl o godzinach, które będę tam spędzać. Może jednak tych godzin nie będzie tak dużo, bo rekrutacja idzie ponoć jak po grudzie. Na wiodące kierunki chętni są, ale na tzw. michałki, które każdemu pozwalają nabijać nadgodziny, bywa, że jest zapisana 1 osoba na cały kierunek. 1 rok rusza dopiero od listopada, więc kto wie, może się to jeszcze zmieni.

Na grzybach byliśmy, ale bez specjalnych sukcesów, bo jednak kilkanaście dni suchej pogody zrobiło swoje. Coś tam jednak znaleźliśmy, kilka prawdziwków, kilkanaście koźlarzy, a sama przyjemność chodzenia po lesie jest nie do przecenienia.





Z grzybów wyszła pyszna tarta, a drugą część sobie zamroziłam. Może jeszcze raz wybierzemy się na grzyby, jak popadają trochę zapowiadane na weekend deszcze.

U Mikołaja w szkole już jest korona, jedna klasa i trzech nauczycieli w kwarantannie, ale klasa Mikołaja ma normalnie lekcje.

Zaczął się sezon na figi! Zostawię Wam przepis na pyszną i prostą sałatkę.

Sałatka z figami i kozim serem

sałata

dojrzałe figi (3-4 sztuki na osobę)

miękki ser kozi (np. dostępny w Lidlu, w rolce krojonej na plastry)

orzechy włoskie

Dressing: oliwa z oliwek, płynny miód lub sok z agawy, po łyżeczce musztardy francuskiej i Dijon, pieprz, szczypta czosnku granulowanego - wymieszać do emulgacji.

Składniki sałatki ułożyć na talerzu, polać sosem, podawać :)


poniedziałek, 13 lipca 2020

Smutek...

Nie tylko smutek, także złość, bezradność, niedowierzanie, te wszystkie emocje towarzyszą mi od wczoraj. Biedny jest ten kraj, ale patrząc na to, co się dzieje, powiedziałam ostatnio Mikołajowi, że już rozumiem, w jaki sposób doszło kiedyś do zaborów... sami się w to wepchnęliśmy i teraz jest jesteśmy na skraju, wystarczy doprowadzić do wyjścia z Unii, a Rosja już jest gotowa. Zresztą, mocno mi się wydaje, że cały ten bałagan jest niejako na rosyjskie zlecenie, Wielką Brytanię już zdemolowali, teraz idą po inne kraje.
Moim zdaniem jedyną szansą na silną Polskę jest jej obecność w Unii, i na taką politykę głosowałam.
Dobrze, że chociaż mieszkam w regionie, który zdaje się to rozumieć... w moim mieście Trzaskowski zdobył 68%, a w Poznaniu aż 75%. Będziemy im patrzeć na ręce!

Na smutki najlepsza jest jakaś praca, toteż zajęłam się dzisiaj wieloma rzeczami, które czekały na załatwienie. Od dzisiaj jestem oficjalnie na urlopie! Tak więc, pojechałyśmy z Madzią na drugą dawkę szczepienia; zrobiłam drobne porządki w ogrodzie - pozbierałam opadnięte jabłka i przesadziłam aksamitki (tutaj w Poznaniu mówi się na nie "turki"); ze spadów jabłkowych zrobiłam mus jabłkowy z cynamonem; a teraz właśnie pasteryzują się buraczki w occie.
Update ogrodowy: na grządce kwiatowej rozrosły się rudbekie, którym ślimaki jakoś nie szkodzą. Astry zeżarte, ostały się jakieś pojedyncze cynie, no i gladiole zaczynają zawiązywać pąki. Zakwitła mi też jeżówka!




Jabłek będzie w tym roku dość dużo. Miałam wątpliwości, czy jest sens zbierać te spady, bo są w większości malutkie, ale w sumie poza rozmiarem, nic więcej im nie dolega (no, nie licząc robaka od czasu do czasu... urok niepryskanych upraw!). Nazbierałam jednak ponad 2 kg takich całkiem przyzwoitych jabłuszek i wyszły mi z nich 4 słoiczki musu.


Wkrótce zaczną się jeżyny i to będzie jakiś szał, bo jest ich mnóstwo. Muszę zacząć opróżniać zamrażarkę, żeby zmieścić pudełko z jeżynami - Pan Mąż używa ich potem do koktajli.


Kot Filip dzielnie nadzorował moją pracę. Mieliśmy bardzo równy podział obowiązków :) Luna nie pozwoliła sobie zrobić zdjęcia, zwiała na drzewo i tyle ją widziałam.


Przepis na buraczki w occie
3 kg buraków
zalewa: na 1 litr wody, 1/2 szklanki octu, 1 płaska łyżka soli, 2 łyżki cukru (można dać trochę więcej)

Buraki ugotować w łupinkach - nie mogą być zbyt miękkie, powinny być al dente. Gorące buraki po zalaniu zimną wodą można łatwo obrać ze skórki. Pokroić w kawałki (ja kroję malutkie na pół, większe na ćwiartki, ale można też zetrzeć na grubej tarce). Ułożyć w słoikach. Zalewę zagotować, gorącą zalać buraki w słoikach, zakręcić i pasteryzować przez 20 minut. Po wyjęciu z garnka, ustawić na godzinę do góry dnem.
Mam zapisane, że z 5 kg buraków wychodzi ca. 15 słoików półlitrowych i potrzeba na to 3 l zalewy.

sobota, 4 lipca 2020

Riposta

Moja młodzież długo ostatnio siedzi po nocach, a potem wychodzi do łazienki i trzaska drzwiami, więc nie byłabym matką, gdybym trochę nie pomarudziła im na ten temat.

Ja: Łazicie po nocy, trzaskacie i trzaskacie tymi drzwiami, wytrzymać nie można!
Mikołaj: Chyba wolisz, żebyśmy trzaskali niż dudnili, a może nie?

Rzeczywiście, zamknął mi usta dokumentnie, bo co też powiedzieć na takie dictum? :)

Przede mną jeszcze jeden dzień z egzaminami, a potem wolność, wolność od Teamsa! Muszę co prawda podjechać jeszcze raz w kolejnym tygodniu do pracy na dyżur, ale to już tylko formalność. Uzupełnianie protokołów to już w tym przypadku czysta przyjemność :) Mam zaplanowane dwa wyjazdy trzydniowe, z każdym dzieckiem osobno. Madzia mówi, że bez problemu zostanie na dwie noce sama, a zresztą tuż obok jest sąsiadka i sąsiadki wnuczka, ogólnie rzecz biorąc - zazwyczaj najlepsza przyjaciółka, chociaż ostatnio trochę się poprztykały i nie rozmawiały ze sobą. Dzisiaj jednak koleżanusia zaprosiła Madzię na wspólne zakupy do sklepu z mangami w Poznaniu (obydwie uwielbiają mangi i anime), więc może nastąpiło jakieś przesilenie i teraz się pogodzą.
Widok z dzisiejszego spaceru, bardzo znajomy, lecz uspokajający:


Oraz najnowszy portret kota Filipa.


Są już jagody! kupiłam pół kilo i zrobiłam jagodzianki. Chętnie wybrałabym się na jagody, ale nie znam dobrego miejsca, więc chyba poprzestanę na tym, co uda mi się kupić. Polecam Wam poniższy przepis na jagodzianki, wychodzą idealne, nie przerastają i nie pękają, oraz długo zachowują świeżość.

Jagodzianki
25 g drożdży
1/4 szklanki ciepłej wody
170 g masła
3/4 łyżeczki soli
3/4 szklanki mleka
3,5 szklanki mąki (ok. 600 g)
3 łyżki cukru
1 jajko
500 g jagód
cukier waniliowy
2 łyżki tartej bułki
1 roztrzepane jajko do smarowania + brązowy cukier do posypania

Zagotować mleko z masłem, cukrem i solą, ostudzić. Drożdże rozpuścić w wodzie. Połączyć wszystkie składniki ciasta, stopniowo dolewając mleko, i wyrobić (ja wyrabiam maszyną). Odstawić ciasto w ciepłe miejsce na około godzinę do wyrośnięcia. Jagody wymieszać z cukrem waniliowym i bułką. Aby otrzymać bułeczki równej wielkości, najlepiej jest ważyć każdy kawałek ciasta. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepsze bułeczki wychodzą z kawałków ważących około 90 g. Z ciasta zrobić placuszek, napełnić jagodami i skleić, na blaszce układać sklejeniem do dołu. Tuż przed pieczeniem posmarować bułki jajkiem i posypać cukrem. Piec 20 minut w 200 stopniach (ja piekę przez 15 minut w opcji góra-dół, a na ostatnie 5 minut włączam termoobieg).


sobota, 2 maja 2020

53

Przyszły wreszcie długo oczekiwane deszcze. Żeby odsunąć ryzyko suszy, musiałoby pewnie padać ze dwa tygodnie, ale dobre i tyle, zieleń od razu odżyła. Cieszę się, że zdążyłam podsypać roślinkom nawóz, akurat dobrze się rozpuści. Moje astry i cynie powoli kiełkują, i zbliża się moment, że trzeba będzie złożyć wizytę w sklepie ogrodniczym. Muszę dosadzić dwie róże na miejsce przemarzniętych krzaków i muszę jeszcze uzupełnić czymś jedno miejsce pod płotem.
Tymczasem mam w domu serię awarii technicznych. Parę dni temu wysiadł prąd na jednym obwodzie i nie miałam światła w kilku pomieszczeniach na dole. Musiałam wezwać elektryka (na szczęście udało się przez assistance) i okazało się, że przepalił się jakiś bezpiecznik w zewnętrznej skrzynce (nawet nie wiedziałam, że taką mamy). Wczoraj zleciał nam na głowy karnisz w salonie. Próbowaliśmy z Mikołajem przykręcić go z powrotem do stropu, ale dziury były już tak wyrobione, że korki nie chciały się trzymać. Pan Mąż poradził mi więc, żeby użyć kotwy chemicznej. Nałożyłam tej masy w dziury, włożyłam korki i jutro spróbujemy ponownie przykręcić ten karnisz. Ciekawe, czy będzie się trzymał...
Dzisiaj natomiast wysiadło urządzenie do zmiękczania wody i tu już nie ma sposobu, trzeba wezwać serwis. Żyć bez tego można oczywiście, ale u nas jest tak twarda woda, że po tygodniu będę miała całe krany w kamieniu i zakamieniony czajnik, nie mówiąc już o osadzie na kabinie prysznicowej (od kiedy mamy ten zmiękczacz na ujęciu, szyby w kabinie wystarczy porządnie umyć raz w miesiącu - no i oczywiście ściągamy krople po każdym prysznicu).
Dawno już nie miałam takiej serii. Pamiętam, że często tak kiedyś bywało, że jak PM wyjechał, to od razu coś mi się psuło, a to samochód, a to piec, a to coś innego.
Dzisiaj wykorzystałam dzień na prace domowe, prasowanie, gotowanie, no i ten karnisz!
Tak wyglądało wczoraj rano po deszczu. Kotki wybrały się na spacer. Podobno jak koty jedzą trawę, to będzie deszcz, ale to chyba nieprawda, bo Luna codziennie musi najeść się trawy, a jakoś codziennie nie pada. Filip trawy nie tyka, on jest wyłącznie mięsożerny.



Upiekłam chleby, dla siebie na zakwasie, a dla młodzieży na drożdżach - według popularnego przepisu na "chleb z gara". Może to kwestia mąki - użyłam żytniej 720 - chleb na zakwasie wychodzi z niej super, a ten na drożdżach taki sobie, ale młodzieży smakował i pochłonęli prawie cały bochenek (fakt, że malutki - piekłam w garnku 20 cm).



Chleb z gara
385 g mąki chlebowej
1/4 łyżeczki drożdży instant
1 i 1/4 łyżeczki soli
375 ml wody
Składniki wymieszać w misce, przykryć folią i odstawić w ciepłe miejsce na 18 godzin. Przełożyć ciasto na stolnicę oprószoną mąką, rozciągnąć i złożyć dwa razy (ja musiałam sporo mąki dosypać, bo moje ciasto było niemal płynne). Uformować kulę i włożyć do koszyczka lub miski wyłożonej ściereczką i obsypanej mąką. Przykryć i zostawić na 2 godziny. 
Piekarnik nagrzać do 230 stopni w systemie góra-dół. Garnek z pokrywką wstawić do pieca, żeby się porządnie nagrzał (ja użyłam zwykłego stalowego garnka do zupy). Po 30 minutach nagrzewania wrzucić chleb do garnka, przykryć pokrywką i piec 30 minut. Po tym czasie zdjąć pokrywkę i dopiekać jeszcze 15-20 minut na złoty kolor. Studzić na kratce. Chleb wychodzi z garnka bez problemu pomimo braku nasmarowania go czymkolwiek :)

Jedyne zastrzeżenie do powyższego przepisu to te dziwne gramatury, nie można by napisać 400 g mąki i 400 ml wody? Dziwne trochę. Ale wyszło :)



czwartek, 2 kwietnia 2020

Dzień 22

No i cóż, spacery po lesie się skończyły... Chociaż tak naprawdę treść rozporządzenia nie jest do końca jasna, a już na pewno dyskusyjna. Nie mówię już o tym, że całość jest tak naprawdę do podważenia ze strony prawnej, jakby ktoś chciał zadać sobie trud. Ciężko będzie bez tego wytrzymać, dobrze, że mamy bieżnię, no i kawałek ogródka. Na naszych spacerach z reguły jest w lesie i tak pusto, czasami mijali nas rowerzyści-sportowcy, czasami spotykało się innych spacerowiczów, ale na ogół chodziliśmy w takich godzinach, że na leśnych ścieżkach nikogo poza nami nie było. Na trasie mamy jednak dwa punkty, kiedy trzeba wyjść z lasu i przejść przez ulicę oraz przejazd kolejowy, i dziś stwierdziliśmy, że lepiej nie ryzykować, bo a nuż znajdzie się jakiś policjant-służbista, który przyczepi się, że nie mamy 2 metrów odległości od siebie, tylko 150 cm, albo że nie mamy żadnej życiowo niezbędnej sprawy, która pozwala na wyjście z domu. Chociaż akurat dla mnie taki spacer jest życiowo niezbędną sprawą, no ale nie mam ochoty na takie wątpliwe "przyjemności" tłumaczenia się, gdzie idę i po co.
Pan Mąż był wczoraj w sklepie, kolejki przed sklepami są, ale idą w miarę sprawnie, przed Auchanem stał 20 minut, a po wejściu wszystko załatwił ekspresowo i zaopatrzenie też było w porządku. Tak więc mamy już prawie wszystko na święta - 80 jajek kupiliśmy od rolnika, wędliny też są jako i zakwas na żurek, trzeba jedynie dokupić jakieś drobiazgi, ale to już wystarczy u nas lokalnie.
Udało się też Panu Mężowi kupić u ogrodnika kwiatki i wczoraj wprowadziłam trochę wiosny przed dom. Od razu lepiej się poczułam, jak włożyłam ręce w ziemię. W weekend czeka na mnie grządka ziołowa, której jeszcze nie uprzątnęłam po zimie. Pogoda zapowiada się coraz lepsza :)


Dzisiaj natomiast miałam dzień bez zajęć zdalnych. Bardzo lubię te dni, bo nie muszę godzinami tkwić przy komputerze. Nie cierpię tego tkwienia kilka godzin na krześle przed ekranem!!!  Zrobiliśmy drobne porządki w garderobie, a potem pół dnia siedziałam w kuchni. Ugotowałam barszczyk czerwony, a do barszczu upiekłam paszteciki - połowę z kapustą i grzybami, a połowę z soczewicą dla Madzi, bo ona grzybów nie chce jeść. A teraz dopieka mi się pleśniak według przepisu z Moich Wypieków, tylko z dżemem jeżynowym z naszych własnych jeżyn.
Paszteciki z poniższego przepisu zdecydowanie Wam polecam, a przepis dostałam lata temu od Teściowej.

Paszteciki krucho-drożdżowe
0,5 kg mąki
250 g masła
50 g drożdży (ja daję mniej - ok. 30 g)
szklanka śmietany 18%
pół łyżeczki soli
Masło posiekać z mąką i solą. Drożdże rozpuścić w śmietanie, dodać do ciasta, całość szybko zagnieść - nie jak drożdżowe, tylko do połączenia składników, jak kruche. Włożyć ciasto do naczynia, przykryć i wstawić do lodówki na 2-3 godziny. Następnie podzielić na 4 części, rozwałkować i nałożyć farsz. Zwinąć i pokroić, posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać czarnuszką lub kminkiem. Piec w 175 stopniach na złoty kolor.
Farsz 1 - kapusta, grzyby, podsmażona cebulka
Farsz 2 - ugotowana soczewica czerwona, podsmażona cebulka, przyprawy (papryka wędzona, pieprz, sól, papryka ostra, kolendra)
Farsz 3 - grubo mielony pasztet lub mielone mięso np. z rosołu z przyprawami





środa, 12 lutego 2020

Wirusy i zupa pomidorowa

Od paru dni walczymy z wirusami. Chyba już od przyjazdu z Pragi czułam się nieco nieswojo. W sobotę miałam rano zaocznych, w ciągu dnia poszliśmy z Panem Mężem na spacer do lasu, a wieczorem pojechałam na spotkanie z koleżankami z pracy. I w niedzielę rozłożyłam się na amen, niby nic poważnego, ale katar potężny, a do tego nie miałam siły ruszyć ani ręką, ani nogą. Przeleżałam tak dwa dni na kanapie, wczoraj było już nieco lepiej, dziś już prawie w ogóle dobrze, ale za to kicha i smarka teraz Pan Mąż. Dzieci po feriach wróciły do szkoły i na razie mają się dobrze. Chciałabym pozbyć się tego świństwa, bo po pierwsze primo jutro mam urodziny i mieliśmy zaplanowane rodzinne wyjście na sushi, a po drugie primo chcieliśmy jechać z PM na dwa dni do Trójmiasta. Niestety, jak ma się urodziny przypadające tuż przed Walentynkami, to wpada się w cały ten walę-w-tynkowy szał i musieliśmy z paru punktów programu zrezygnować (np. w upatrzonej restauracji zabrakło miejsc), ale może uda nam się chociaż trochę nadmorskim powietrzem odetchnąć.
W przyszłym tygodniu wypada z kolei moja przerwa międzysemestralna, tak więc dzięki wirusowi mam aż dwa tygodnie wolnego, ale nie ma lekko, trzeba to potem odpracować.
W kolejnym tygodniu będziemy mieć w domu dziewczynkę z Rumunii z Erasmusa, więc będzie się działo!
Koty przeczekują orkany i wichury w bezpiecznej przystani Madziowego łóżka i nawet specjalnie się nie kłócą.

Postanowiłam wrzucać na bloga różne przepisy na dania, które akurat gotuję. Blog kulinarny był się skończył, a nowego nie zakładam, bo nie chce mi się specjalnie pracować nad zdjęciami. Dziś robiłam dla dzieci włoską zupę pomidorową z fasolką, jest świetna przy różnych katarach i przeziębieniach, bo udrażnia nos i rozgrzewa. Lubię ten przepis też dlatego, że jest szybki, pół godziny i gotowe. Rzadko kiedy gotuję tradycyjną zupę pomidorową - czasami Madzia prosi o zwykłą pomidorówkę z ryżem, ale jest to może raz na pół roku.

Rozgrzewająca zupa pomidorowa
2 puszki pomidorów krojonych (lub w sezonie - 4-5 dużych, obranych pomidorów)
2-3 łyżki pasty pomidorowej
1 puszka białej fasolki
1 cebula
2-3 ząbki czosnku
tymianek, bazylia, oregano, sól, pieprz, odrobina cukru
2 łyżki oliwy z oliwek
1 litr bulionu warzywnego lub wody
makaron
ewentualnie parmezan
Cebulę i czosnek drobno siekam, podsmażam na oliwie, dorzucam pokrojone pomidory i duszę około 5 minut. Zalewam bulionem, dodaję pastę pomidorową i wszystkie przyprawy, gotuję 10 minut na dużym ogniu. Na koniec dosypuję odcedzoną fasolkę. 
Ugotowany makaron zalewam zupą, a jak zupa ma być zjedzona od razu, to gotuję makaron w zupie (jak siedzi w zupie dłużej, to pęcznieje i wychodzi sos pomidorowy z fasolą zamiast zupy). Po wierzchu można posypać parmezanem, jak ktoś lubi.